W Wilczyskach zrobiło się ostatnio spokojniej. Sezon ogrodniczy w zasadzie się skończył. Posprzątałam szklarnie i grządki, czosnek zimowy oraz cebula zimująca są już w glebie. Nie oznacza to jednak wcale, że nasze życie kompletnie zwolniło. Wręcz przeciwnie!
We wrześniu zaczęła się szkoła, a wraz z nią różne imprezy: urodziny, nocowania i bale halloweenowe. A to oznacza, że nie zawsze mogę jeździć do Wilczysk na cały weekend, i to co weekend. Przecież nie mogę pozbawiać dziecka kontaktu z rówieśnikami i atrakcji, które są ważne dla dziesięciolatki. Starszy syn sam już ogarnia swoje rozrywki, najczęściej prosząc po prostu o przenocowanie u Dziadków.
Na tej zasadzie w ostatni weekend października zostałam w Krakowie. Ala miała nocowanie u koleżanki z soboty na niedzielę, więc trzeba ją było jakoś tam dostarczyć i potem odebrać. A że do Wilczysk jest 130 kilometrów w jedną stronę, wyjazd tam i z powrotem, przy nocowance w sobotę, byłby zupełnie bezsensowny. Spędziłabym większość czasu w samochodzie i wróciłabym zmęczona jak koń po westernie.
Dlatego „chłopaki” pojechali do Wilczysk pociągiem (tak, tak, da się tam dojechać pociągiem, co jest dużym plusem, choć od stacji trzeba jeszcze jakoś dotrzeć do domu), a ja z Alą zostałam w Krakowie.
Tak się złożyło, że akurat wtedy odbywały się w Krakowie Targi Książki. Przez kilka ostatnich lat nie byłam na targach, bo podczas poprzedniej wizyty zniechęciły mnie tłumy. Trudno było się przez nie przecisnąć, a jeszcze trudniej spokojnie obejrzeć cokolwiek na stoiskach. Ale ponieważ Alę odstawiałam do koleżanki już około południa i miałam trochę czasu dla siebie, postanowiłam dać targom jeszcze jedną szansę.
Co prawda, kiedy sprawdzałam dostępność biletów online na sobotę, mina mi nieco zrzedła. Ale ja nie należę do tych, którzy łatwo się poddają, więc ostatecznie kupiłam karnet na dwa dni – gdyby przyszło mi do głowy pojawić się na targach również w niedzielę – i ruszyłam na książkowe łowy.

Muszę tu dodać, że książki są istotną częścią mojego życia właściwie od dzieciństwa. Już w moim rodzinnym domu było ich mnóstwo. I nie chodzi o dwie czy trzy książki stojące na półce na pokaz, ale o całe regały, wypchane po brzegi i upchane wszędzie, gdzie tylko dało się je zmieścić.
Czytałam sporo. Niekoniecznie lubiłam lektury obowiązkowe, bo niezbyt przepadam za sytuacjami, w których ktoś mnie do czegoś zmusza i jeszcze wybiera mi, co mam czytać. Często sięgałam więc po prostu po coś z domowych regałów. I tak przeczytałam między innymi „Grona gniewu” Steinbecka czy „Kolumbów” Romana Bratnego, a także wiele, wiele innych książek.
Ba, mój Tata nieraz się na mnie wściekał, że czytam po nocach. Świecę światło, sama nie śpię, a do tego jeszcze Jemu tym światłem przeszkadzam!
Moje czytanie trochę się zmieniło, kiedy pojawiły się dzieci. Przy pełnoetatowej pracy, a później jeszcze dwóch domach, po prostu mam mniej czasu i… siły na czytanie. Co nie znaczy, że porzuciłam książki. Nadal je czytam, a części słucham w postaci audiobooków.
Miłość do książek wciąż jest jednak u mnie wielka. Jak mawia mój Tata, nasze mieszkanie w Krakowie wygląda jak biblioteka albo antykwariat. Bo oprócz kilku regałów książki znajdują się u nas również w innych miejscach: na podłodze, na szafach i właściwie wszędzie tam, gdzie akurat udało się je odłożyć. Sporo tego mamy. Nigdy tych książek nie liczyłam. Chyba kiedyś będę musiała zrobić ich spis… Ale na to muszę mieć nieco więcej czasu.
W Wilczyskach również mamy sporo książek. Część przewieźliśmy z Krakowa, część dostaliśmy od moich rodziców, jakieś zabrałam z mieszkania Dziadka, inne podarował nam kolega. I tam także książki leżały w wielu miejscach.
Dlaczego piszę o tym w czasie przeszłym? Ano dlatego, że akurat w ten weekend, kiedy ja zostałam w Krakowie, Robert postanowił zrobić w Wilczyskach nowe półki na książki. Pewnie za sprawą moich nieustannych narzekań, że jak to tak, książki leżą na ziemi, nie mogę posprzątać, kurzą się i trzeba je wreszcie gdzieś poukładać.

Oprócz tego Robert nadal przerabia mi półki w spiżarni, żeby zmieściły się na nich moje przetwory, ale o tym już było.
Wracając jednak do meritum – Robert chyba przewidział, że z moją miłością do książek na pewno pójdę na Targi Książki i na pewno z czymś wrócę. Kurczę, prorok jakiś czy co? ;-)
Wróciłam. Z szesnastoma książkami!
Oczywiście nie wszystkie były dla mnie. Kupiłam książki dla każdego.
Dla Ali wybrałam świetne pozycje z wydawnictwa Dwie Siostry: o zwierzętach oceanów i o ptakach. Do tego książkę córki autora „Mikołajka” oraz prawdziwy rarytas – książkę z dedykacją Adama Mirka, autora całej serii książek dla dzieci, które w zabawny i przystępny sposób wyjaśniają czasem dość zawiłe kwestie naukowe.

Dla Pawła oczywiście Agatha Christie, bo jest jej wielkim fanem.

Dla mojego męża również coś się znalazło, a wśród zakupów były dwa prawdziwe rarytasy: książka pana Dukaja z dedykacją, po którą stałam ponad godzinę w kolejce, oraz „Tańczący z zamkami” z dedykacją pana Michała Wójcika.

Dla siebie też coś upolowałam. „Lekarzy prowincjonalnych” – w związku z moją nieustającą zajawką medyczną – oraz kryminały. Dwa sympatycznego pana Mieczysława Gorzki, od którego udało mi się zdobyć dedykację i zamienić z nim parę słów, a także książkę równie sympatycznej pani Agnieszki Peszek, która również złożyła mi dedykację.

Pewnie gdybym mogła, wykupiłabym pół targów. Tyle było ciekawych pozycji! Ale raz, że tego wszystkiego nie udźwignęłabym (choć tutaj muszę przyznać, że pan Brzoska świetnie to zorganizował i na targach były paczkomaty, więc książki można było nadać do siebie właśnie paczkomatem), a po drugie – poszłabym z torbami. I pewnie cały listopad musielibyśmy jeść ryż z jabłkami. Lubię, ale żeby codziennie przez cały miesiąc? Nie, dziękuję! ;-)
Uważam jednak, że szesnaście książek to i tak całkiem sporo.
W ogóle bardzo fajnie było odwiedzić targi. Mimo tłumów atmosfera była wyśmienita. Mogłam zamienić kilka słów z autorami, co przecież nie zdarza się na co dzień, zdobyć dedykacje i po prostu pobuszować między książkami. Zdecydowanie brakowało mi takiej wizyty.
Siłą rozpędu, a może z czystego zdziwienia, że jestem całkiem sama (nie wiem nawet, kiedy ostatnio miałam taką okazję), na koniec soboty skoczyłam jeszcze do kina na najnowszą „Lalkę”. A kto bogatemu zabroni? ;-)
Tak więc koniec końców, choć wolałabym pojechać do Wilczysk, porządnie się tam wyspać (w Krakowie jakoś gorzej mi to wychodzi) i zrobić odkładane sprzątanie, które musiało poczekać do kolejnego weekendu, spędziłam czas zupełnie inaczej niż zwykle. I chyba tego nie żałuję.
Bo do naszej kolekcji zawędrowały kolejne książki, które będą nam umilać zimowe wieczory. Oczywiście pod warunkiem, że znajdziemy chwilę, żeby przysiąść na tyłku w fotelu. A to, jak wiadomo, wcale nie jest takie oczywiste.
Zresztą nie tylko ja mam książkowego fioła. Robert też lubi czytać, choć robi to zupełnie inaczej niż ja. Potrafi czytać kilka książek jednocześnie, przeskakując sobie między różnymi fragmentami. Dla mnie to już zupełnie inna bajka! Ja zdecydowanie wolę czytać od początku do końca, po kolei, bez przeskakiwania i zaglądania na kolejne strony. Ale każdy ma swój sposób i chyba właśnie to jest fajne. Najważniejsze, że książki sprawiają nam przyjemność, nawet jeśli korzystamy z nich na zupełnie różnych zasadach.
💛A książki to chyba nasz wspólny nałóg. Kiedy już wejdę do księgarni, rzadko wychodzę z pustymi rękami. Uwielbiam zapach książek i te tradycyjne, papierowe. Z audiobooków korzystam czasem z konieczności albo dla wygody, ale do książek na czytniku jakoś nie mogę się przekonać.
Ja tam wolę kontakt z papierem. I ten zapach podczas czytania. Tego nic mi nie zastąpi.
Komentarze