Kupując stary dom, ogląda się dach, ściany, piwnicę i działkę.
Patrzy się, czy są drzewa, ile jest ziemi, w jakim stanie są budynki gospodarcze. My też dokładnie to wszystko sprawdzaliśmy. Zastanawialiśmy się, czy damy radę z remontem, jak poradzimy sobie z polem i czy w ogóle odnajdziemy się w miejscu, które tak bardzo różniło się od naszego życia w Krakowie.
Jest jednak coś, czego nie pokaże żadne ogłoszenie.
Nie da się tego obejrzeć podczas pierwszej wizyty ani wpisać w umowie kupna.
To są ludzie.
Pierwszy raz przyjechaliśmy do Wilczysk już po zakupie domu, gdzieś pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Było co prawda w miarę ciepło, ale jednak zima, a wokół starego domu trudno było jeszcze dostrzec to, czym kiedyś miał się stać.
Pamiętam też kolędników misyjnych, którzy odwiedzali wtedy domy w okolicy. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że połowę tej wesołej gromadki stanowiły dzieci naszych najbliższych sąsiadów.
Kręciliśmy się wokół domu, oglądaliśmy wszystko jeszcze raz i snuliśmy pierwsze plany.
I wtedy pojawili się dwaj mężczyźni.
Jeden z charakterystycznym wąsem, drugi bez.
Podeszli do nas, przywitali się i zaczęli zwyczajnie rozmawiać. Skąd jesteśmy? Czy to my kupiliśmy ten dom? Co zamierzamy z nim zrobić? Remontować czy może jednak wyburzyć?
Opowiedzieli nam też trochę historii tego miejsca i ludzi, którzy mieszkali tu przed nami.
Dopiero po chwili zorientowaliśmy się, że rozmawiamy z naszymi najbliższymi sąsiadami.
Po prostu zauważyli, że wokół opuszczonego od dawna domu ktoś się kręci. Przyszli zobaczyć, kto będzie ich nowym sąsiadem.
I wiecie co?
Dzisiaj wcale im się nie dziwię...
Kilka miesięcy później Robert przyjechał do Wilczysk sam. Była wiosna, a do załatwienia było jeszcze mnóstwo różnych spraw związanych z nowo kupionym siedliskiem. Nie mieliśmy wtedy jeszcze przyczepy kempingowej, więc nocował w namiocie dachowym rozłożonym na naszym starym Land Roverze, którego zaparkował na polu.
Rano wyszedł umyć zęby.
I właśnie wtedy na pole wjechał motocykl.
Kierowca zdjął kask i powiedział:
– Tomek jestem. Sołtys.
Pogadali chwilę. O domu, o planach i o tym, jak kiedyś wyglądało to miejsce. Okazało się nawet, że w naszym domu mieszkała kiedyś jego ciocia.
Na odchodne zostawił numer telefonu.
– Jakby coś było potrzebne.
Przez kolejne lata takich spotkań było znacznie więcej. Czasem przy okazji jasełek, czasem gdzieś na drodze, czasem przy grillu a czasem po prostu podczas zwykłej rozmowy, gdy "wpadliśmy na siebie" pod Kościołem czy w sklepie. Z czasem naprawdę się zaprzyjaźniliśmy. Tomek zawsze znalazł chwilę na rozmowę, dobrą radę albo zwykłe „co słychać?”.
W zeszłym roku odszedł nagle.
Do dziś trudno mi uwierzyć, że już go nie spotkamy na Moroniu.
Dzisiaj sołtysem jest jego żona. I bardzo się cieszę, że nadal możemy powiedzieć o niej to samo, co kiedyś o Tomku – że zawsze można na nią liczyć.
Przez pierwsze miesiące mieszkaliśmy w przyczepie kempingowej.
Nasza sąsiadka nie mogła sobie wyobrazić, jak czteroosobowa rodzina mieści się w takim małym „domku na kółkach”. Podobno wypytywała innych sąsiadów, jak to wygląda w środku.
Tyle że... nikt wcześniej tam nie był.
Aż do pewnej niedzieli.
Siedzieliśmy jeszcze w piżamach -dzieci nie zdążyły nawet wyjść z łóżek.
Nagle ktoś zapukał.
Otwieramy drzwi.
A tam sąsiadka - przyniosła świeże jajka.
Porozmawialiśmy chwilę, a przy okazji – bardzo dyskretnie – obejrzała wnętrze naszej przyczepy.
I wiecie co?
Wcale jej się nie dziwię.
Sama pewnie też byłabym ciekawa, jak cztery osoby mieszkają w czymś, co z zewnątrz wygląda jak trochę większa puszka na kółkach.
Było też wiele sytuacji, kiedy sąsiedzi po prostu... ratowali nam skórę.
Paweł kilkukrotnie zostawił zapalone światło w pokoju. My byliśmy już w Krakowie. Sąsiadka zauważyła to, zadzwoniła do nas, a ponieważ miała zostawione klucze, weszła do domu i zgasiła lampę.
Innym razem wyjechaliśmy, zostawiając niezamknięte jedne z drzwi. Zanim zdążyliśmy się porządnie zdenerwować, problem był już rozwiązany.
Kiedy obok stodoły przewróciło się drzewo, telefon zadzwonił właściwie od razu. Potem sąsiad pomógł nam je uprzątnąć.
A całkiem niedawno uratowali mnie przed niemałymi kłopotami w pracy.
Po feriach zimowych w Wilczyskach wróciliśmy do Krakowa. Dopiero po dojeździe do Krakowa zorientowałam się, że mój służbowy laptop został... w przedpokoju naszego domu.
Bez niego nie mogłam pracować.
Wsiadłam więc kolejnego dnia rano do pociągu i pojechałam z powrotem. Plan był prosty – dojść pieszo na Moroń, zabrać komputer i wrócić na stację.
Tyle że akurat porządnie sypał śnieg.
Sąsiad nawet nie pozwolił mi iść pieszo. Przyjechał po mnie samochodem. Najpierw zaprosili mnie z żoną na kawę, a później jeszcze odwieźli na pociąg.
Niby drobiazg - a ja do dziś bardzo dobrze to pamiętam.
Zdarza się też, że pod drzwiami znajdziemy jajka. Albo ktoś przyniesie ogórki, cukinię czy marchewkę z własnego ogródka.
Za pierwszym razem nawet nie wiedzieliśmy, od kogo są te jajka, po prostu się pojawiły.
Ale takie relacje działają tylko wtedy, kiedy działają w obie strony.
My również staramy się pomagać, kiedy tylko możemy. Czasem kogoś podwieziemy, czasem pożyczymy coś potrzebnego, podzielimy się przetworami albo pomożemy coś przewieźć czy przenieść.
Tak to tutaj po prostu działa.
Na wsi relacje wyglądają trochę inaczej niż w mieście obecnie ( bo kiedyś, poza wielkimi blokowiskami były one jednak bliższe niż teraz) - nie ma anonimowości, sąsiedzi wiedzą, kto przyjechał, kto wyjechał, kto właśnie remontuje dach, a komu przewróciło się drzewo.
Czasem ktoś wpadnie na chwilę porozmawiać. Czasem rozmowa przez płot trwa pięć minut, a czasem pół godziny. Przy okazji człowiek dowie się, co słychać w okolicy i co "w trawie piszczy".
Oczywiście nie chcę idealizować. Jak wszędzie, także tutaj zdarzają się różnice zdań czy sąsiedzkie konflikty. Od początku postanowiliśmy jednak, że nie będziemy wybierać stron. Przyjechaliśmy do Wilczysk budować swój dom, a nie uczestniczyć w sporach, które trwają od lat.
Może jest nam trochę łatwiej, bo jesteśmy "stąd i nie stąd". Zostaliśmy przyjęci bardzo życzliwie, ale jednocześnie nie niesiemy ze sobą historii dawnych sąsiedzkich nieporozumień.
Po prostu staramy się podchodzić do ludzi z życzliwością.
I chyba ona naprawdę wraca.
💛 Kiedy kupowaliśmy stary dom, wydawało nam się, że dostajemy kawałek ziemi, drewniane ściany i mnóstwo pracy.
Dzisiaj wiem, że dostaliśmy coś jeszcze... Coś, czego nie było w ogłoszeniu - ludzi, którzy zauważą zapalone światło, zamkną drzwi, kiedy o nich zapomnimy, zadzwonią, gdy przewróci się drzewo, przywiozą jajka, zaproszą na kawę albo podwiozą na pociąg w środku śnieżycy.
To właśnie z takich zwyczajnych gestów rodzi się poczucie, że przestajesz być tylko właścicielem starego domu. I zaczynasz być po prostu... u siebie.
Komentarze