Życie na dwa miejsca to nie tylko pakowanie i kilometry. To także pytanie, co przewozić, co zostawić i jak nie zgubić się we własnych zapasach — w Krakowie i w Wilczyskach.
O logistyce dwóch domów pisaliśmy już wcześniej w Życie na dwa domy. O rzeczach, których nie widać na zdjęciach. Tu schodzimy piętro niżej: do spiżarni.
Życie na dwa miejsca
Dużym wyzwaniem związanym z życiem w kilku miejscach, oprócz samej konieczności przemieszczania się, jest transport i przechowywanie różnych rzeczy. Od rzeczy osobistych, ubrań i sprzętu, przez materiały potrzebne do pracy, aż po żywność.
Trzeba świadomie zdecydować, które rzeczy podróżują z nami, które zostają w jednej lokalizacji, a które powinny być dostępne w obu.
Może też być tak, że ktoś ma wystarczające środki i niespożytą energię, żeby przemieszczać się pomiędzy więcej niż dwoma miejscami. W naszym przypadku brakuje i jednego, i drugiego. Poza tym, jak można się domyślić z naszych wcześniejszych tekstów, swoje miejsce już znaleźliśmy.
Wracając jednak do głównego tematu: jednym z większych problemów jest transport i przechowywanie żywności.
Mieszkając w jednym miejscu nie jest to szczególnie skomplikowane. Panuje dość oczywiste przekonanie, że żywność bierze się ze sklepu i problem można rozwiązać, kupując wszystko na bieżąco. Trudno się z tym nie zgodzić. Kupowanie tego, czego potrzebujemy, pozwala ograniczyć ilość jedzenia, które zalega i ostatecznie trafia do kosza.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy sklep przestaje być po prostu sklepem, do którego można wstąpić po drodze.
Zakupy też mają swoją cenę
Jeszcze niedawno zakupy w Krakowie były relatywnie proste. Jechało się samochodem do jednego z marketów, kupowało potrzebne rzeczy, parkowało pod domem i zanosiło zakupy do mieszkania.
W naszym przypadku od dawna nie jest to już takie proste.
Ruszanie ze zdobytego cudem w okolicy miejsca parkingowego, które już dawno nie znajduje się „pod domem”, oznacza około godzinę jazdy w jedną stronę. Potem wędrówkę między półkami, kolejną godzinę na powrót i na koniec poszukiwanie miejsca parkingowego przez 30–40 minut (chociaż czasami można wygrać na loterii i znaleźć miejsce od ręki).
Dodatkową atrakcją jest to, że takie zakupy odbywają się po powrocie dzieci z placówek edukacyjno-wychowawczych i naszej wspólnej z Ewą i Pawłem obiadokolacji (Ala na szczęście je w szkole) — najwcześniej po osiemnastej.
W takim układzie zwykłe zakupy potrafią zakończyć dzień pełen obowiązków dopiero po dwudziestej, a czasem bliżej dwudziestej pierwszej.
Trudno uznać to za szczególnie dobry sposób gospodarowania czasem.
Dlatego od pewnego czasu zakupy robi przede wszystkim Ewa w Wilczyskach. Stamtąd część prowiantu przewozimy do Krakowa, a potem wracamy z nim do Wilczysk, żeby mieć co jeść na piątkową kolację.
Oczywiście nie wozimy w ten sposób chleba ani świeżych produktów, a potem nie przechowujemy ich w jakiejś przepastnej zamrażarce gdzieś w krakowskich kazamatach. W niedużej odległości od miejsca, w którym mieszkamy, mamy Stary Kleparz i dostęp do świeżej żywności.
To jednak temat na osobny artykuł, który może kiedyś napisze Ewa.
Niebieskie torby
Skoro już tak dużo rzeczy przewozimy, można powiedzieć, że sztukę pakowania mamy opanowaną całkiem dobrze. Bez większej przesady jesteśmy gotowi do wyjazdu z bagażem w 15–20 minut.
Bagażu jest przy tym całkiem sporo: żywność, ubrania nasze i dzieci, elektronika, różne rzeczy kupione z myślą o Wilczyskach, a wiosną i latem także sadzonki, kwiaty i doniczki.
Wszystko najczęściej trafia do obszernych niebieskich toreb z Ikei. Przemieszczając się z kilkoma torbami na osobę, wyglądamy trochę jak repatrianci. Albo uchodźcy.
Idziemy miejskimi chodnikami wprost do jednego z naszych dwóch samochodów, mając nadzieję, że któryś będzie zaparkowany wystarczająco blisko i po przekręceniu kluczyka okaże się sprawny. Trzeci samochód, jako rezerwa, czeka w Wilczyskach.
Z doświadczenia preferujemy samochody duże. Początkowo był to wspomniany już Land Rover Discovery. Otwierało się tylną klapę i wrzucało rzeczy. Z czasem doszliśmy do wniosku, że najlepszy gabarytowo byłby po prostu bus. Ewa nawet żartuje, że jest gotowa jeździć samochodem typowym dla kurierów.
Podobną logistykę — tylko w wakacyjnym wariancie — opisujemy w Nasz dom jedzie z nami na wakacje.
Pociąg zostawiamy na lżejsze czasy
Mamy jeszcze to szczęście, że zarówno w Wilczyskach, jak i w Krakowie mamy niedaleko pociąg. Czasami z niego korzystamy — raczej wtedy, kiedy trzeba coś szybko załatwić w jednym miejscu albo drugim, albo kiedy z jakiegoś powodu nie możemy jechać wszyscy razem.
Nie testowaliśmy jeszcze scenariusza, w którym wyruszamy pociągiem z całym naszym majdanem i torbami jedzenia.
Myślę, że dla części współpasażerów mogłoby to być coś w rodzaju podróży w czasie do lat pięćdziesiątych XX wieku.
Dwie spiżarnie
Z żywności przewozimy przede wszystkim produkty o krótkim terminie przydatności. Reszta trafia do zamrażarek i spiżarni. A właściwie do dwóch spiżarni: jednej w Krakowie, drugiej w Wilczyskach.
Ewa przygotowuje przetwory w ilościach, które można już chyba określić mianem półprzemysłowych. Gdyby zebrać zawartość obu spiżarni — słoiki, butelki, opakowania z produktami sypkimi, przekąskami i innymi zapasami — spokojnie można powiedzieć, że mamy jedzenia na ponad dwa lata.
Soki, dżemy, ogórki, grzyby marynowane i suszone, passaty i cała reszta stoją w rzędach na półkach od podłogi aż po sufit. Część z tych słoików powstaje dokładnie tak, jak w przepisie na dżem truskawkowy z nutą czarnego bzu — a więcej z naszej kuchni zbieramy na Przepisy z naszej kuchni.

To ma oczywiście swoją cenę. Nie finansową. Informacyjną.
Zorientowanie się, co właściwie mamy, gdzie to jest i kiedy zostało odłożone na półkę, nie jest już zadaniem całkiem trywialnym. Ewa orientuje się w tym wszystkim bardzo dobrze. Mnie ratują etykiety i sposób układania produktów na półkach.
Kiedy jednak nie jestem na miejscu i próbuję z pamięci odtworzyć, co znajduje się w konkretnej spiżarni i w jakiej ilości, zaczynam się gubić.
Im więcej rzeczy mamy, tym mniej oczywiste staje się to, że naprawdę wiemy, co mamy.
I chyba właśnie tutaj spiżarnia zaczyna być czymś więcej niż pomieszczeniem z półkami.
Woda to też zapas
Nie składujemy wody mineralnej. W Krakowie miałoby to pewien sens — gdyby z jakiegoś powodu woda przestała być dostępna w kranie, zostalibyśmy bez podstawowego zapasu.
W Wilczyskach sytuacja wygląda inaczej. Podstawowym źródłem wody pitnej jest wodociąg, ale w każdej chwili możemy przełączyć się na własną studnię. Po odpowiednim uzdatnieniu jesteśmy w stanie wykorzystać ją również jako źródło wody do picia. O filtrach i terminach wymiany piszę osobno w kontekście WindyFarm Water Filters.
Niezależnie od tego dobrze byłoby mieć jakiś niewielki zapas wody butelkowanej. Nie dlatego, że spodziewamy się końca świata. Po prostu dlatego, że każda infrastruktura może mieć swoją przerwę.
A zapas ma sens tylko wtedy, kiedy jest dostępny wtedy, kiedy jest potrzebny.
Regały też są częścią gospodarstwa
W wakacje, niespiesznie, zabrałem się za reorganizację naszych spiżarni. W Wilczyskach przebudowuję półki pod nasze konkretne potrzeby, korzystając z zapasu desek, które od dawna zalegają w stodole.
Tym samym mogę powiedzieć, że pracując nad regałami, jednocześnie sprzątam stodołę. Wymaga to sporo czasu i pracy. Łatwiej byłoby kupić gotowe szafki albo zamówić regały na wymiar. Tyle że wtedy nie wykorzystałbym tego, co już mamy pod ręką, a cel w postaci opróżnienia stodoły odsunąłby się na kolejne lata.
Podobnie bywa z innymi domowymi projektami — robimy z tego, co jest, jak przy grządkach z tego, co pod ręką.
Każdą deskę trzeba dokładnie zmierzyć. Są tej samej grubości, ale różnią się długością i szerokością. Potem trzeba je przyciąć, pomalować, nawiercić i zmontować. A inne prace tylko czekają.
To jeden z tych projektów, które nie są szczególnie spektakularne, ale po zakończeniu trudno będzie sobie wyobrazić, dlaczego nie zrobiliśmy tego wcześniej.
A potem trzeba wiedzieć, co gdzie jest
W Krakowie system przechowywania mamy oparty na półkach, które można dowolnie rekonfigurować. Tutaj problem jest trochę inny.
Najpierw trzeba zrobić inwentaryzację tego, co już mamy. Potem pozbyć się rzeczy, które stoją zbyt długo. Następnie opisać na nowo to, co zostanie. A później trzeba będzie jakoś zapisać, gdzie wszystko się znajduje i w jakiej ilości.
I przede wszystkim konsekwentnie tym zarządzać. Bo sama inwentaryzacja niewiele daje.
Jeżeli dzisiaj zapiszę, że mamy sześć słoików ogórków na trzeciej półce, a za trzy miesiące trzy z nich znikną, informacja przestanie być aktualna.
Potrzebujemy więc nie tylko listy rzeczy.
Potrzebujemy sposobu, żeby wiedzieć, co mamy, gdzie to jest i co się z tym wydarzyło.
Myślę, że i na to mam już pomysł. Na razie jednak trzeba skończyć regały. I znaleźć miejsce na kolejne słoiki.
Bo jak się żyje na dwa miejsca, to najwyraźniej zawsze jest coś do przewiezienia, coś do poukładania i jakiś regał, który właśnie okazuje się za mały.
Co dalej?

Dżem truskawkowy z nutą czarnego bzu
Truskawki i kwiaty czarnego bzu to duet, który zaskakuje. Dżem pachnie początkiem lata i znika ze spiżarki szybciej, niż planowaliśmy.
Czytaj dalej
Komentarze