Menu

Poddasze, czyli deser na koniec? remontu

Poddasze, czyli deser na koniec?  remontu

Kiedy kupiliśmy dom w Wilczyskach, poddasze było trochę tajemnicze.

Nie dlatego, że działy się tam jakieś nadprzyrodzone rzeczy, chociaż ślady po kunach mogłyby pewnie być początkiem całkiem niezłej historii. Po prostu było tam ciemno, ponuro i trochę strasznie. Pod dachem była całkiem spora przestrzeń, ale wpadało do niej niewiele światła.

Samo poddasze służyło głównie za strych, czyli miejsce, do którego można wrzucić wszystko, czego akurat nie wiadomo gdzie odłożyć. Były tam stare ubrania, gazety z czasów PRL-u, o których już zresztą pisałam, stare, całkiem wysuszone zioła, jakieś lampy naftowe i cała masa różnych rzeczy, których przeznaczenia pewnie już nigdy nie poznamy. No i była ogromna drewniana skrzynia do przechowywania zboża.

Ją akurat zachowaliśmy - jest z litego drewna, naprawdę solidna, z przegródkami w środku i do dziś mam do niej słabość. Zmieniła tylko miejsce zamieszkania. Z poddasza trafiła do stodoły i na razie ma się tam całkiem dobrze.

Poddasze miało też inne atrakcje. Na przykład schody... a właściwie coś, co miało być schodami, ale znacznie bardziej przypominało drabinę. Stopnie były mocno sfatygowane, więc wejście na górę wymagało trochę samozaparcia i pewności siebie.

Mimo wszystko od początku wiedzieliśmy, że chcemy tę przestrzeń kiedyś wykorzystać.

Bo właściwie dlaczego mielibyśmy z niej rezygnować?

Tylko że poddasze zostawiliśmy sobie na deser...

Najpierw trzeba było zrobić dwa poziomy niżej. A kiedy byliśmy już w trakcie remontu, przyszła pandemia. Nagle okazało się, że jesteśmy na miejscu, mamy więcej czasu, a ceny materiałów i robocizny raczej nie zamierzają czekać, aż skończymy poprzednie pomysły. Postanowiliśmy więc, trochę siłą rozpędu, zrobić również poddasze.

Nie mieliśmy wtedy nawet jakiegoś wielkiego planu. Wiedzieliśmy tylko, że na pewno chcemy tam zrobić łazienkę.

I od niej zaczęliśmy.

Poddasze było trochę trudniejsze do zagospodarowania niż niższe kondygnacje. Skosy robią swoje, więc kabina prysznicowa raczej odpadała. I właśnie dzięki temu mogłam w końcu spełnić jedno z moich wnętrzarskich marzeń.

Wanna wolnostojąca.

Nie pytajcie tylko, jak często z niej korzystam, bo odpowiedź jest dość oczywista – bardzo rzadko, bo zwyczajnie nie mam czasu.

Ale za to jak już się trafi taki moment, kiedy można się położyć w wannie z pianą, puścić muzykę i zapalić kilka świeczek, to jest naprawdę przyjemnie.

Trochę instagramowo, wiem.

Ale skoro mieliśmy odpowiednie miejsce, to dlaczego nie zrealizować sobie czasem jakiegoś marzenia?

łazienka na poddaszu

Płytki mieliśmy już wybrane wcześniej, bo postanowiliśmy zrobić na poddaszu dokładnie takie same jak w pozostałych łazienkach. Chcieliśmy zachować jeden styl w całym domu. Dlatego zaczęłam od wyboru wanny.

Pojechałam do Euroflizu w Bobowej, gdzie trafiłam na cudowną Panią Kasię, która pomogła mi ją wybrać.

I przy okazji dowiedziałam się rzeczy, o której wcześniej zupełnie nie pomyślałam: trzeba patrzeć, gdzie jest odpływ.

Naprawdę...

Nie polecam wanien z odpływem na środku, szczególnie jeśli wypada on dokładnie pod miejscem, w którym plecy kończą swoją szlachetną nazwę;-)

Poza tym warto do wanny po prostu się przymierzyć. Usiąść w niej na sucho. Sprawdzić, czy człowiekowi jest wygodnie.

Wanna miała być prosta i ładna. I właśnie taką wybrałam. Raczej z tych mniejszych, bo na poddaszu trzeba było też pamiętać o ciężarze. Niby wanna, trochę wody, człowiek – i nagle robi się z tego całkiem sporo kilogramów.

Do tego doszła stojąca bateria, umywalka, jakaś szafka i lustro.

Oświetlenie zrobiliśmy… znacznie później....Właściwie dopiero całkiem niedawno.

Ale o tym za chwilę.

Schody na poddasze już mieliśmy. Zostały zamontowane chyba nawet wcześniej niż schody pomiędzy parterem a drewnianym piętrem. Trzeba było tylko zamówić u naszego stolarza, Janka, barierki – takie same jak te, które mieliśmy już na dole.

Barierki

Za to drzwi do łazienki mają swoją własną historię.

Kiedy zamawialiśmy drzwi na dół, pomiary robili stolarz Janek i nasz Pan Jan zawiadujący całym remontem ( tak, wiem, fajna zbieżność imion;-)... I do dziś nie wiadomo, kto zapisał nieprawidłowy wymiar jednych z nich.

W każdym razie drzwi zostały zrobione.... Za szerokie.

Tak szerokie, że po prostu nie dało się ich normalnie otworzyć w korytarzu.

Trzeba było zrobić drugie, już we właściwym rozmiarze.

A te za szerokie zostawiliśmy.

„Na przyszłość”.

I jak to zwykle bywa z rzeczami odkładanymi „na przyszłość”, przyszłość w końcu nadeszła.

Dzisiaj są drzwiami do łazienki na poddaszu.

Poza łazienką mamy tam jeszcze dwa pomieszczenia. W jednym zrobiliśmy naszą sporą sypialnię, w drugim – biuro.

Sypialnia na poddaszu

Tyle że z biurem było trochę inaczej.

Pomysł na nie pojawił się dopiero później, kiedy pomieszczenia były już właściwie wykończone.

Na podłodze położyliśmy drewno, takie samo jak piętro niżej. Ściany szczytowe i te wewnętrzne zostały białe. Na skosach pojawiła się boazeria.

Wiem.

Boazeria.

Wielu osobom od razu kojarzy się z czasami słusznie minionymi, ale przy surowych, drewnianych deskach podłogi wyszło to naprawdę całkiem fajnie. I przede wszystkim pasuje do domu.

Drzwi do sypialni i biura również musieliśmy zamawiać specjalnie. Szczególnie jedne z nich są dość nietypowe – przez skosy zostały u góry ścięte pod kątem, z jednej strony.


Skośne drzwi

Na poddaszu trzeba było też od początku dobrze przemyśleć wszystkie instalacje.

Przed położeniem podłogi Robert zrobił wszystkie potrzebne kable.

Tyle że temat kabli na górze, szczególnie w biurze, nadal nie jest do końca zakończony.

Trzeba jeszcze powycinać w podłodze miejsca na puszki podłogowe z gniazdkami.

Na razie mamy więc rozwiązanie tymczasowe. Czyli wszystko jest podłączone do…przedłużacza.

Biuro na poddaszu

A zamiast lamp nadal wiszą żarówki.

Lampy są kupione, oczywiście, po prostu czekają.

Tak samo jak wiele innych rzeczy w tym domu.

Bo latem na takie ekscesy zwyczajnie nie ma czasu. Latem jest ogród, las i cała masa rzeczy do zrobienia na zewnątrz. Człowiek ma ambitne plany, a potem okazuje się, że jest wieczór, jest zmęczony i żarówka przecież też świeci.

Teraz przyszła jesień.

Więcej czasu spędzamy w domu, więc może w końcu uda się zakończyć temat „kabelków”. Może zawisną lampy. Może pojawią się gniazdka w podłodze.

Chociaż patrząc na historię tego domu, wcale nie jestem pewna.

Bo prawda jest taka, że remont domu chyba nigdy się nie kończy. Kończy się jeden etap, a chwilę później okazuje się, że trzeba coś przemalować, coś poprawić, coś dorobić albo wymyślić na nowo.

Teraz na przykład Robert dorabia mi nowe półki w kuchni i przerabia te w spiżarni. W tej ostatniej zrobił mi na razie regał na całą ścianę.

Oczywiście już cały wypełniłam przetworami.

Nie wiem, czy istnieje coś takiego jak „mieć za dużo półek”. Podejrzewam, że nie;-)

💛Poddasze miało być deserem na koniec remontu.

I chyba rzeczywiście było. Tylko że, jak to z deserami bywa, po nim wcale nie kończy się jedzenie. Zawsze znajdzie się jeszcze jakaś półka do zrobienia, ściana do odmalowania, lampa do powieszenia albo kabel, który od kilku miesięcy czeka na swoje pięć minut.

Nasz dom jest już wyremontowany. A przynajmniej tak czasem sobie powtarzamy.

Bo prawda jest taka, że w starym domu chyba nigdy nie można powiedzieć: „to już wszystko”.

I może dobrze.

Bo dzięki temu cały czas coś się tu dzieje.

Listy z Pogórza

Raz w miesiącu list z Wilczysk — bez reklam, bez alertu przy każdym artykule. Więcej o liście.

Link do wypisania w każdym mailu.