Menu

Nie zostałam jesieniarą...

Nie zostałam jesieniarą...

Kiedyś nie lubiłam jesieni.

Nadal nie jest to moja ulubiona pora roku - dni robią się krótsze, robi się chłodniej, a nawet jeśli w ciągu dnia słońce jeszcze przyjemnie grzeje, ranki i wieczory są już zdecydowanie chłodniejsze. A ja jestem ciepłolubna... Zdecydowanie bardziej odpowiada mi wczesne lato.

Nie zostałam więc nagle jesieniarą.

Niemniej jednak odkąd mamy Wilczyska — a może to Wilczyska mają nas? ;-) — moje podejście do tej pory roku powoli się zmienia. Powoli, bo nie jest to żadna gwałtowna przemiana i nadal nie rozumiem fenomenu zachwycania się listopadową mżawką.

Ale na wsi jesień wygląda trochę inaczej.

Jesienny widok


Jesień nie zaczyna się we wrześniu

W mieście jesienią czuję się bardziej zamknięta w czterech ścianach. Po pracy często jest już ciemno i niespecjalnie chce się człowiekowi wyściubiać nos z domu. Zwłaszcza kiedy Kraków zaczyna tonąć we mgle.

W Wilczyskach jest inaczej.

Tam wszystko zaczyna zwalniać, ale robi to powoli. Bo przecież wciąż jest mnóstwo rzeczy do zrobienia.

Jesień nie przychodzi tutaj wtedy, kiedy zmienia się data w kalendarzu; to raczej proces. Najpierw zmienia się pogoda, potem zieleń, słońce — nawet kiedy świeci — ma już inne światło. Pojawiają się inne ptaki - znowu zaczynają pojawiać się sikorki, sójki, dzięcioły.

Hortensja jesienią

Z tymi ostatnimi mam zresztą pewien problem...Teoretycznie są pożyteczne, w sumie je lubię, ale praktycznie co roku, właśnie późnym latem i jesienią, dają nam się we znaki. Z uporem maniaka wykuwają dziury w drewnianej elewacji naszego domu.

Podobno robią to między innymi po to, żeby inne ptaki mogły się tam później schronić.

Szlachetnie... Tylko że jakoś wolałabym, żeby szlachetność realizowały na innym budynku.

Robert co roku musi więc robić balety na drabinie i zaklejać kolejne dziury.

I tak właśnie wygląda nasza bliskość z naturą. ;-)

Jesień to wykopki

Późne lato i wczesna jesień to oczywiście wykopki.

Od kilku lat sadzimy na naszym polu ziemniaki, z różnym powodzeniem. W tym roku muszę przyznać, że mimo dość deszczowego lipca, a później raczej suchego sierpnia , wyszły nam całkiem nieźle.

Nie mogę tego niestety powiedzieć o marchewce... Ta zdecydowanie nam nie wychodzi. Nie wiem, czy to kwestia naszej ciężkiej ziemi, czy po prostu braku umiejętności, ale wyrasta nam w rozmiarze w sam raz dla krasnoludków.

O pietruszce korzeniowej nawet nie wspomnę, bo mimo wielokrotnych prób, może raz wyrosło nam coś, co można było uznać za pietruszkę, a nie eksperyment biologiczny.

Jesienią wykopujemy też buraki. Te w tym roku były bardzo marne. Podejrzewam, że złapały jakieś choróbsko, bo właściwie w ogóle nie chciały rosnąć.

I szczerze mówiąc, wolę tak....Bo gdybym miała ratować je toną środków ochrony roślin, to równie dobrze mogłabym kupić buraki w dowolnym markecie, a trochę nie o to chodzi w tym całym własnym uprawianiu.... Nie wszystko musi się udać. Czasem po prostu coś nie rośnie.

Warzywa jesienią

Podsumowanie sezonu

Jesień jest też takim naszym naturalnym momentem na podsumowanie sezonu.

Co się udało?

Co się nie udało?

Co wyrosło, a co postanowiło jednak nie współpracować?

I co zrobić inaczej w przyszłym roku?

Bo kiedy jedno się kończy, trzeba już powoli myśleć o następnym sezonie. Ziemię trzeba przygotować, zasiać poplon, dorzucić trochę nawozu.

Z tym ostatnim od kilku lat mamy całkiem nieźle.

Konie, a w tym roku krowy, które były wypasane na naszym polu, zostawiły po sobie całkiem sporo, nie wszystko więc trzeba kupować.


Krowa na polu

Jesienią trzeba też zastanowić się, gdzie w przyszłym roku posadzimy i wysiejemy poszczególne rzeczy. Zwłaszcza że późną jesienią przychodzi czas na czosnek i cebulę.

Czosnek zdecydowanie wolę sadzić jesienią. Wydaje mi się, że ma wtedy więcej czasu, żeby porządnie się ukorzenić i wyrosnąć, niż ten sadzony wiosną.

I tak powoli jeden sezon zaczyna przechodzić w następny, zanim jeszcze zdążymy na dobre zakończyć poprzedni.

Jesień jest też od słoików

Jesienią na drzewach pojawiają się jabłka.

Na tych naszych małych drzewkach na razie dość nieśmiało, pojedyncze sztuki. Ale stara szara reneta rosnąca za stodołą w tym roku mocno się postarała.

Jabłek było naprawdę sporo.

Zrobiłam więc sporo prażonych jabłek na zimę. Będą do szarlotki, do ryżu z jabłkami, do naleśników. Pewnie znajdzie się jeszcze kilka innych zastosowań, bo przecież słoik prażonych jabłek potrafi zniknąć znacznie szybciej, niż człowiek planował.

Jesień to zresztą dalszy ciąg przetworów.

Żurawina i gruszki w occie

Pojawiają się śliwki, jabłka, grzyby i kolejne rzeczy, które trzeba jakoś zagospodarować.

A kiedy już się je przetworzy, pojawia się kolejny problem.

Trzeba je gdzieś włożyć.

I tu dochodzimy do pewnego drobnego problemu - mam dwie całkiem spore spiżarnie — jedną w Krakowie, drugą w Wilczyskach — a mimo to powoli zaczynam się w nich nie mieścić.

Dlatego Robert w tym roku przebudowuje mi spiżarnię w Wilczyskach.... Bo najwyraźniej przy naszym trybie życia zasada „mam już dużą spiżarnię, więc na pewno wystarczy” nie działa.

Kiedy w końcu można wejść do domu

Jesienią zaczynamy też spędzać trochę więcej czasu w domu.

Latem zdarza się to stosunkowo rzadko. Zawsze jest coś do zrobienia na zewnątrz. Coś trzeba podlać, skosić, zebrać, sprawdzić, naprawić albo po prostu zrobić, zanim dzień się skończy.

Jesienią pogoda coraz częściej mówi: może jednak zostańcie dzisiaj w środku.

Ale to wcale nie oznacza, że nic nie robimy.

Robert w tym roku posprzątał kawałek stodoły i zrobił sobie tam warsztat. Ja robię przetwory.

Przydałoby się jeszcze trochę odświeżyć ściany i pomalować tu i tam.

Ciekawe tylko, czy uda nam się to zrobić przed zimą.

Bo jesień ma tę ciekawą właściwość, że człowiek zaczyna mieć więcej czasu na prace w domu, ale jednocześnie zaczyna odkrywać, ile tych prac w domu właściwie jest.

Wianek z zatrwianu na drzwiach

I wtedy pojawia się kominek

No i jest jeszcze ogrzewanie.

Jesienią zaczynamy już powoli, nieśmiało o nim myśleć. Noce robią się chłodne, więc coraz częściej trzeba trochę dogrzać dom.

A wtedy okazuje się, że jest w jesieni coś całkiem przyjemnego.

Wieczór przy kominku.

Ciepła herbata. Koc. Książka. Albo jakiś ciekawy film...

Tylko że dopiero wieczorem, bo wcześniej oczywiście nie ma na to czasu.

💛 I chyba właśnie tutaj tkwi cały sekret mojego powolnego oswajania się z jesienią.

Nie polubiłam nagle krótszych dni. Nadal nie lubię zimnych poranków. Nadal zdecydowanie wolę moment, kiedy lato dopiero się zaczyna, wszystko jest zielone, dzień długi, a wieczorem można jeszcze długo siedzieć na zewnątrz.

Ale w Wilczyskach jesień nie jest tylko końcem lata.

To wykopki, jabłka, grzyby, słoiki, przygotowanie ziemi, planowanie kolejnego sezonu, porządki w stodole, coraz cieplejszy dom i dzięcioł, który właśnie zrobił kolejną dziurę w elewacji.

Czyli właściwie całkiem sporo się dzieje.

A potem można już usiąść przy kominku.

I może właśnie dlatego jesień nadal nie jest moją ulubioną porą roku.

Ale chyba trochę bardziej ją lubię.

Listy z Pogórza

Raz w miesiącu list z Wilczysk — bez reklam, bez alertu przy każdym artykule. Więcej o liście.

Link do wypisania w każdym mailu.