Kiedyś pisałam już o lesie, który był tutaj przed nami. O tym, że zanim pojawiliśmy się w Wilczyskach, las zdążył już być częścią tego miejsca przez wiele lat.
Ale las jest dla mnie czymś więcej niż tylko częścią krajobrazu... Kocham go od zawsze.
Kiedy byłam mała, jeździliśmy z rodzicami i siostrami na wakacje na wieś na Podkarpacie, właściwie na pogranicze Lubelszczyzny. Lasów było tam mnóstwo, głównie sosnowych. Tata bardzo lubił spacery po lesie i grzybobranie, więc siłą rzeczy spędzaliśmy tam sporo czasu.

W sezonie zbieraliśmy jagody — po krakowsku borówki — brusznice i żurawinę. I tutaj muszę się przyznać do czegoś, co może trochę nie pasuje do romantycznego obrazu dzieciństwa na wsi... Zbieranie tych wszystkich owoców uważałam wtedy właściwie za karę - kucanie, schylanie się, chodzenie od jednego niskiego krzaczka do drugiego… zdecydowanie nie było to moje ulubione zajęcie. Dużo bardziej interesowała mnie rzeka, nad którą można było siedzieć po uzbieraniu odpowiedniej ilości owoców.
Albo grzyby - bo grzyby zbierałam praktycznie od zawsze. Podobno zaczęłam, kiedy miałam półtora roku. I chyba coś z tego zostało.
Do dziś naprawdę uwielbiam chodzić na grzyby. Ba, czasem widzę grzyba nawet z samochodu. Jadę, rozmawiam, patrzę przez szybę i nagle:
— Grzyb!

Robert twierdzi, że to już chyba jakieś skrzywienie....Możliwe;-)
Nie zbieram grzybów dlatego, że muszę. Zbieram je dla przyjemności. A potem oczywiście obdarowuję nimi wszystkich dookoła, bo ile człowiek jest w stanie zjeść sam?

To zresztą chyba jedyna rzecz, która jest w stanie zwlec mnie z łóżka w sobotę o szóstej rano. Normalnie sobota jest święta. To jedyny dzień w tygodniu, kiedy mogę sobie pozwolić na spanie do dziewiątej i naprawdę bardzo to sobie cenię.
Ale kiedy zaczyna się sezon grzybowy, szósta rano przestaje być problemem - wstaję, ubieram się i jadę do lasu.
W ostatnich latach sezon zaczynał się u nas coraz później. Pewnie między innymi przez susze. Grzyby pojawiały się czasem dopiero w drugiej połowie sierpnia, a nawet we wrześniu. W tym roku też długo nie było czasu, żeby się za nimi rozejrzeć. Najpierw ogród i pole, potem wakacje, które — jak już wiecie — skończyły się trochę inaczej, niż planowaliśmy. Ale w końcu nadeszła pierwsza sobota września. Wstałam skoro świt i pojechałam do lasu Gromadzkiego, który w naszej okolicy słynie z borowików.
Nasz najbliższy las niestety mocno ucierpiał przez ostatnie wycinki. Ta część, która należy do nas i ta należącą do naszego sąsiada, jeszcze się jakoś trzyma, ale to tylko niewielki fragment całego lasu. Dlatego tym razem pojechałam trochę dalej i...wróciłam z pełnym koszykiem.

W większości były borowiki. Część małych, zdrowych i jędrnych — takich w sam raz do słoików. Większe poszły do suszenia. Pieprzniki, czyli popularne kurki, zostawiłam na niedzielną jajecznicę.
I tak właściwie każda część koszyka dostała swoje dalsze życie. Bo najbardziej lubię właśnie ten moment, kiedy wracam z lasu. Koszyk stoi na stole, a ja zaczynam sortować. Ten tutaj będzie suszony. Ten pójdzie do słoika. Ten zostaje na obiad. A ten… no cóż, tego chyba jednak nie powinnam była wkładać do koszyka.

Najczęściej chodzę do lasu sama. Nie dlatego, że nie lubię towarzystwa. Po prostu po co mam wyciągać z łóżka całą rodzinę o szóstej rano, skoro sama świetnie sobie poradzę?
Zresztą las jest dla mnie trochę sposobem na wyłączenie się. Idę i przestaję myśleć o tym, co trzeba zrobić w domu, co w ogrodzie, co w pracy, co jeszcze czeka na liście rzeczy do załatwienia. Patrzę pod nogi, rozglądam się między drzewami i nagle najważniejszym problemem świata staje się to, czy tam pod jodłą właśnie zobaczyłam borowika, czy tylko kawałek liścia. To naprawdę bardzo skuteczna metoda na odstresowanie i... trochę "fitnessu" przy okazji przez te spacery góra-dół ( to pogórze więc lasy nie są na płaskich powierzchniach).
Czasami, kiedy idę później, towarzyszy mi Alka. Ona sama grzybów nie je, ale uwielbia je ze mną zbierać. Mam zresztą podejrzenie, że wyssała to z mlekiem matki. Co jest o tyle ciekawe, że Paweł wychowany na mleku tej samej matki jakoś tego genu nie dostał. Nie wiem, czy takie rzeczy zmieniają się z czasem, czy może jest to jakoś sprzężone z płcią. Cholera wie;-) W każdym razie Alka idzie ze mną i szuka.
A ja szukam jeszcze bardziej.
Nie zbieram zresztą wszystkich grzybów, które są jadalne. Mam swoje ulubione - przede wszystkim borowiki — szlachetne, usiatkowane i krasnoborowiki ceglastopore, które występują w naszej okolicy. Do tego koźlarze, pieprzniki jadalne, czyli kurki, i mleczaje jodłowe.
Rydzów u nas właściwie nie ma, bo nie mamy sosen. Za to mleczaje jodłowe też są bardzo dobre, więc nie czuję się specjalnie pokrzywdzona.
A z tegorocznego pierwszego koszyka część borowików trafiła właśnie do słoików.
Grzyby w occie

Małe grzyby, oczywiście wyłącznie zdrowe, dokładnie oczyszczam i płuczę w zimnej wodzie. Najczęściej zostawiam głównie kapelusze.
Potem obgotowuję je w osolonej wodzie. Zwykle gotuję je około 5–7 minut (kurki przed marynowaniem gotuję około 5 minut, a rydze trochę dłużej — nawet 10 minut).
Do tego lubię dodać cebulę. Można ją oczywiście pominąć, ale moim zdaniem z marynowanymi grzybami jest po prostu dobra. Cebulę wcześniej krótko blanszuję.
Gorące grzyby układam w czystych, wyparzonych słoikach razem z cebulą i kilkoma plasterkami surowej marchewki.
Zalewę przygotowuję z:
- 3 szklanek wody,
- 3 łyżek cukru,
- 3–4 liści laurowych,
- 8 ziaren ziela angielskiego,
- 8 ziaren czarnego pieprzu,
- 1 łyżki gorczycy,
- ¾ szklanki octu spirytusowego 10%.
Wszystko oprócz octu? Nie — wszystko razem gotuję, a potem gorącą zalewą zalewam grzyby w słoikach.
Słoiki zakręcam i ustawiam do góry dnem. Później często jeszcze je pasteryzuję, a po ostudzeniu trafiają na półkę w spiżarni.
I czekają.
Najlepsze są oczywiście jako przekąska, ale marynowane grzyby świetnie sprawdzają się też w sosie tatarskim, jako dodatek do wędlin, do koreczków czy na imprezowy stół.
No i jako prezent - pod warunkiem oczywiście, że obdarowany lubi grzyby. Bo inaczej szkoda prezentu.
💛A ja i tak pewnie za chwilę pójdę po następne.
Tylko najpierw trzeba będzie znowu wstać o szóstej.
I wiecie co?
Wcale mi to nie przeszkadza.
Komentarze