Warzywnik to chyba jedno z tych miejsc, które najszybciej uczą pokory.
Kiedyś niewiele wiedzieliśmy o uprawie własnych warzyw. Wydawało nam się, że wystarczy kupić nasiona, posiać, podlewać i po prostu poczekać na plony.
Rzeczywistość szybko zweryfikowała te wyobrażenia.
Pierwsze lata to była seria mniejszych i większych porażek. I choć dziś jest zdecydowanie lepiej, nadal są warzywa, które skutecznie przypominają nam, że ogród rządzi się swoimi prawami.
Zacznijmy od ogórków.
Pierwszą małą grządkę, którą stworzyliśmy, postanowiłam obsadzić właśnie ogórkami i cukinią. Oczywiście chciałam zrobić to „profesjonalnie” i wymyśliłam sobie, że sama wyhoduję sadzonki z nasion. Problem był tylko taki, że kompletnie nie wiedziałam jeszcze, jak się to robi... Poczytałam poradniki, poszperałam w internecie i wysiałam.
I te pierwsze sadzonki były prawdziwą katastrofą.
Po pierwsze — wysiałam je zdecydowanie za wcześnie. Ogórki i cukinie kiełkują bardzo szybko, a ja potraktowałam je podobnie jak pomidory i wysiałam w tym samym czasie.
Po drugie — nie zapewniłam im wystarczającej ilości światła, więc zamiast pięknych, krzepkich roślin miałam wyciągnięte, blade sadzonki.
Ale skoro już je zrobiłam, to oczywiście musiały trafić do ziemi.
Posadziłam je na naszym świeżo przygotowanym polu. Ziemia była wtedy tylko przekopana i odgrodzona. Przez lata nieuprawiana, niezbyt żyzna i jeszcze bez całej infrastruktury, którą mamy dziś.
Podlewanie też było dalekie od ideału. - na początku głównie w weekendy, bo tylko wtedy bywaliśmy w Wilczyskach, później nieco częściej.
A noszenie 14-litrowej konewki spod domu na pole choć może być całkiem dobrym treningiem siłowym, ale trudno nazwać to wygodnym systemem nawadniania.
Efekt?
Cukinii praktycznie nie było. Ledwo rosła, a później dobiły ją ślimaki.
Ogórki wprawdzie się pojawiły, ale bardziej przypominały małe piłeczki niż prawdziwe ogórki. Po prostu miały za mało wody.
Kolejnym warzywem, które regularnie wystawia naszą cierpliwość na próbę, jest papryka.
Próbowaliśmy już różnych sposobów... Raz kupiłam piękne sadzonki. Rosły, kwitły i zapowiadało się naprawdę dobrze...Do czasu.
Ślimaki bezdomne (te paskudne pomrowy, których chyba nikt nie zaprasza do ogrodu) postanowiły, że papryka będzie ich obiadem. Zjadły kwiaty i stożki wzrostu, więc z plonów nic nie wyszło.
Kolejnym razem zrobiłam własne sadzonki -tym razem wysiałam paprykę za późno. A papryka jest cierpliwa… bardzo cierpliwa. Rośnie długo, więc zanim moje maleństwa zrobiły się większe, sezon praktycznie się skończył.
Były też lata, kiedy udało się wyhodować dwie papryki z jednego krzaka. No szału nie było 😉
W tym roku sadzonki wyszły mi całkiem ładne. Oczywiście ślimaki już zdążyły coś podjeść, ale zrobiłam ich więcej, więc może część ocaleje.
Trzymajcie kciuki!
Nie mamy też szczęścia do pietruszki korzeniowej - w tym roku dosiewałam ją już dwa razy. Na razie widzę może trzy roślinki.
Może choć jedna doczeka się dorodnego korzenia 😉
Marchewka również nie jest dla nas najłatwiejsza.
Drobne nasiona trudno wysiać, później trzeba ją przerywać, a nasza gleba nie zawsze jej sprzyja. Mamy dość ciężką, gliniastą ziemię. Kiedy wyschnie, marchew trudno wyrwać, a korzenie często są małe i niezbyt długie.
Chyba wrócę więc do pomysłu, który kiedyś się sprawdził — marchew na podwyższonej grządce pod domem.
Może właśnie tam jej miejsce.
Tylko jeszcze trzeba pamiętać, żeby zrobić miejsce 😉
Bo w tym roku jesienią radośnie posadziłam tam cebulę i trochę zapomniałam, że marchew też by się tam chętnie zobaczyła.
Z ziemniakami jest już teraz zdecydowanie lepiej. Dziś wychodzą nam całkiem nieźle, ale początki też były pełne nauki. Za pierwszym razem wykopaliśmy je zdecydowanie za wcześnie i mogły jeszcze spokojnie rosnąć.
W zeszłym roku było ich sporo, ale były bardzo małe. Susza zrobiła swoje i bez dodatkowego podlewania niewiele roślin na polu miało łatwo.
Ciekawe, jak będzie w tym roku, bo na razie ziemniaki wyglądają bardzo obiecująco...
💛 Przez te kilka lat nauczyłam się jednego.
Nie każde warzywo będzie chciało rosnąć dokładnie tam, gdzie sobie wymyślimy.
Czasem przeszkadza gleba, czasem miejsce, czasem słońce, czasem wiatr, który w Moroniu potrafi naprawdę dać o sobie znać.
Ale właśnie to jest najciekawsze.
Co roku próbujemy od nowa. Zmieniamy miejsca, poprawiamy błędy, uczymy się naszej ziemi.
Bo tak naprawdę uprawa warzyw to nie tylko nauka o roślinach.
To nauka konkretnego kawałka świata, który mamy pod ręką.
I chyba właśnie za to najbardziej lubię nasz warzywnik.
Że każdego roku zaczyna się trochę od nowa
Komentarze