Jak pisałam w poprzednim wpisie, jedną z upraw, które od początku wychodziły nam najlepiej — albo przynajmniej częściowo się udawały — były pomidory. Choć często tuż przed końcem dopadała je zaraza ziemniaczana.
Nigdy wcześniej, przed pierwszymi próbami w Wilczyskach, nie uprawiałam pomidorów, więc zaczynałam zupełnie od zera. I od razu postanowiłam zacząć „z grubej rury” — od własnych sadzonek. To był czas pandemii, kiedy wiele osób próbowało nowych rzeczy, więc i my spróbowaliśmy.
Nasiona kupiłam na stoisku na Starym Kleparzu. W połowie marca — zgodnie z tym, co wyczytałam — wysialiśmy je do małych doniczek i ustawiliśmy na parapecie w Krakowie. Ku naszemu zaskoczeniu… rosły.

W połowie kwietnia trzeba je było pikować, czyli rozdzielać sadzonki i przesadzać pojedynczo do większych doniczek, zagłębiając aż po liście. A miesiąc później były już gotowe do wysadzenia.
W pierwszym roku trafiły na grządkę w polu. Rosły pięknie, pojawiły się pierwsze owoce… i wtedy przyszła zaraza ziemniaczana. Nie udało nam się zjeść ani jednego własnego pomidora.

Dzisiaj jest już inaczej.
Nasiona nadal kupuję (choć coraz częściej myślę o zbieraniu własnych), ale wybieram odmiany kolekcjonerskie, ciekawe, najlepiej nie F1. Trochę się z tego śmieję, ale chyba naprawdę stałam się pomidorowym świrem — mamy pomidory w różnych kształtach i kolorach.
Kiedyś wydawało mi się, że pomidor to pomidor.
Dziś wiem, jak bardzo się myliłam.
Każdy smakuje inaczej.
Mam swoje ulubione — ciemne, czekoladowe, czasem prawie czarne.

Ale też małe, żółte, gruszkowe — bardzo słodkie.
Unikam odmian F1, bo to mieszanki i z ich nasion w kolejnym roku mogą wyjść zupełnie nieprzewidywalne rośliny. A ja wolę jednak wiedzieć, czego się spodziewać.
Pomidory nadal wysiewam w połowie marca, choć coraz częściej myślę, żeby zrobić to trochę wcześniej. Po około miesiącu je pikuję, a w maju — w zależności od temperatury — wysadzam do gruntu.

Tyle że teraz już nie na otwartą grządkę.
Pomidory rosną u nas w tunelu i szklarni. I tam, odpukać, znacznie rzadziej chorują.
Regularnie wietrzymy, żeby zmniejszyć wilgotność i jednocześnie wpuścić owady zapylające. Dużą zmianą okazało się też podlewanie kropelkowe, które zamontował mój mąż — woda trafia bezpośrednio do ziemi, bez moczenia liści.
W miarę wzrostu podwiązuję pomidory i usuwam dolne liście, żeby poprawić przepływ powietrza. Czasem też lekko potrząsam krzaczkami w czasie kwitnienia, pomagając im w zapylaniu.
I to w zasadzie wszystko.
Bez chemii.
Bez sztucznych nawozów i oprysków.
Późnym latem możemy jeść własne, pachnące pomidory. Może nie idealne, ale naprawdę dobre.
Sadzonek jest sporo, ale nic się nie marnuje. Część zbiorów zjadamy na bieżąco — to jedna z tych małych przyjemności, kiedy można rano pójść do szklarni, zerwać dojrzałego pomidora prosto z krzaka i zjeść go na śniadanie, najlepiej z dodatkiem własnego szczypiorku.
Część rozdajemy.
A część przerabiam — najczęściej na passatę, która zimą jest świetną bazą do zup i sosów.


Nie jestem żadnym ekspertem od pomidorów.
Wciąż się uczę.
Ale ich uprawa daje mi ogromną przyjemność — nawet jeśli czasem, przy podwiązywaniu czy pielęgnacji, boli kręgosłup i zdarza mi się pod nosem narzekać na własne pomysły.
W tym roku wymieniliśmy się sadzonkami z zaprzyjaźnionymi sąsiadami. Dostałam kilka nowych odmian, sama też oddałam część swoich.
Jestem bardzo ciekawa, co z tego wyjdzie.
Może latem wrócę tu z małym podsumowaniem — co się udało, co nie i które pomidory naprawdę warto posadzić.
💛 Z pomidorami było różnie. Ale to jedna z tych upraw, które uczą cierpliwości — i wynagradzają ją w swoim czasie.
Komentarze