Na początku zawsze jest trochę niewiedzy i trochę odwagi, żeby mimo wszystko spróbować.
Kiedy kupiliśmy nasze miejsce — farmę, a może po prostu kawałek ziemi — o uprawach wiedzieliśmy naprawdę niewiele. Ja coś tam pamiętałam z działki ROD u Taty, trochę podlewania, trochę pielęgnacji — raczej parapet niż ogród. Robert miał podobnie, doświadczenie z ogrodu swojego Dziadka.
Ale była ziemia i szkoda było, żeby tak po prostu leżała odłogiem.
Zaczęliśmy w czasie pandemii. Jeszcze w Krakowie robiliśmy pierwsze rozsady.

Z marnym skutkiem. W zasadzie udały się tylko pomidory, reszta była wyciągnięta, słaba i… do niczego. Ale w Wilczyskach i tak zrobiliśmy pierwsze trzy grządki.
Na jednej posadziliśmy gotowe sadzonki truskawek i poziomek. Coś tam owocowały, ale później nie bardzo wiedzieliśmy, jak się nimi zająć i szybko zarosły. Na drugiej były pomidory. Rosły pięknie, miały owoce, wszystko zapowiadało się naprawdę dobrze — aż przyszła zaraza ziemniaczana. I skończyło się tak, jak często kończą się pierwsze próby — trochę rozczarowaniem.
Trzecia grządka była najmniejsza — ogórki i cukinie. Ogórki przypominały małe piłeczki, a cukinie zjadły ślimaki.

Od początku wiedzieliśmy jedno — nie chcemy używać sztucznej chemii. Bez nawozów „na szybko”, bez oprysków na każdą chorobę, bez granulek na ślimaki czy stonkę. Jeśli pojawia się stonka — zbieramy ją ręcznie. Jeśli coś choruje — próbujemy ratować naturalnie. Czasem to działa, czasem nie, ale wolimy mieć mniej, za to naprawdę swoje.
Nie zniechęciliśmy się.
W kolejnym roku spróbowaliśmy znowu — tym razem bliżej domu, na podwyższonych grządkach. Posadziliśmy czosnek, rabarbar, pomidory, marchewkę i cukinię. I było… lepiej.

Czosnek może nie był imponujący, ale pachniał prawdziwym czosnkiem i był ostry — dokładnie taki, jaki powinien być. Rabarbar kupiłam od Pana Marka na Starym Kleparzu i przyjął się świetnie. Do dziś co roku mamy z niego kompot i ciasto drożdżowe z rabarbarem i kruszonką. Marchewka była z taśmy — trochę na skróty, ale wygodnie. Nie było jej dużo, ale dzieci zjadały ją prosto z grządki.
Pomidory znowu rosły pięknie i znowu dopadła je zaraza. Ale tym razem zdążyliśmy spróbować kilku własnych. Może nie najładniejszych, ale pachniały tak, jak pomidory powinny pachnieć, i smakowały zupełnie inaczej niż te ze sklepu.

Za to cukinia… to był jej rok. Z trzech sadzonek zrobił się prawdziwy urodzaj. Tyle, że nauczyłam się robić wszystko: ketchup z cukinii (który do dziś robię co roku), sałatki, cukinię w musztardzie, a nawet dżem. Tak — dżem z cukinii naprawdę istnieje i jest zaskakująco dobry. Były też faszerowane cukinie, zupy… przez chwilę wszystko było z cukinii.

Tak wyglądały nasze początki.
Dzisiaj wychodzi nam znacznie więcej. Mamy więcej grządek, dwie małe szklarnie i duży tunel foliowy. Ale jedno się nie zmieniło — dalej uczymy się tej niełatwej sztuki i dalej zdarza się, że coś nie wychodzi.
Czasem się denerwuję, czasem mówię, że to już koniec i więcej nie próbuję. A potem przychodzi kolejny sezon i zaczynamy od nowa.
💛Bo chyba w tym właśnie jest sens. Nie w tym, żeby wszystko wychodziło, tylko żeby mimo wszystko próbować jeszcze raz.
Komentarze