Menu

Zanim coś zasiejemy: jak uczymy się gospodarstwa od nowa

Zanim coś zasiejemy: jak uczymy się gospodarstwa od nowa

To pierwszy artykuł w serii opisującej, jak staramy się zorganizować nasze uprawy i w pewnym sensie wymyślamy koło na nowo, cofając się do praktyk, które kiedyś były codziennością, a dziś uległy zapomnieniu albo uchodzą zwyczajnie za archaiczne. Nie ma się temu co dziwić. Po pierwszej, a potem drugiej wojnie światowej sytuacja wyglądała inaczej niż wcześniej. Zniszczenia, postęp nauki i techniki oraz konieczność wyżywienia rosnącej populacji ludzi na świecie wymusiły inne podejście. Zaczęły się liczyć skala i rentowność, a w połączeniu z mechanizacją i użyciem chemii w rolnictwie na jakiś czas odsunęło to widmo spadku żyzności ziem uprawnych, które było widoczne już na początku XX wieku.

Industrializacja, zmiany społeczno-ekonomiczne oraz postępująca pod hegemonią USA globalizacja sprawiły, że w życiu społeczeństw Zachodu żywność stała się łatwo dostępna, a przede wszystkim tania, i to w bardzo szerokim asortymencie: egzotyczne owoce i przyprawy, wołowina z tego czy innego miejsca na świecie. W Europie, która pomimo zniszczeń po drugiej wojnie światowej pozostała obszarem dostatnim w porównaniu z resztą świata, produkcja żywności w zasadzie stała się mało znaczącym dodatkiem, bo wartość kreowały globalny handel i kapitalizm finansowy. Bardziej opłacało się dotować koszenie pól, obracając je w ugory, niż uprawiać je w sposób zapewniający ciągłość i bezpieczeństwo żywnościowe. Jednak zmiany, które nadchodzą, mogą boleśnie uwidocznić, że obrany kierunek działania był lekkomyślny.

To temat wykraczający poza zakres tego artykułu, ale zarysowanie kontekstu jest ważne, bo w pewnym sensie odnosi się do naszej motywacji w działaniu.

W dawnych czasach mało co było przypadkowe. Wynikało to głównie z faktu, że błędy w przyjętych założeniach miały bardzo konkretne skutki. Nasze gospodarstwo jest stare. Dom wprawdzie datowany jest na 1950 rok i należy założyć, że stodoła również, ale oba zabudowania powstały dokładnie w tym samym miejscu co wcześniejsze budynki, które strawił pożar. Poszukując informacji w Internecie, natrafiłem na skan starej, ręcznie malowanej austriackiej mapy majątku Jeżów. Mapa była datowana na rok 1848 i widać na niej nasze gospodarstwo w tym samym kształcie, jaki ma obecnie, oraz zabudowania w tym samym miejscu. To umiejscowienie i zorientowanie względem kierunków świata, a także dostosowanie do lokalnych warunków terenowych, jest kluczowe i trzeba założyć, że nie było przypadkowe.

Dom jest usytuowany przy drodze, poniżej szczytu wzniesienia, od strony zachodniej. W pewnej odległości od domu znajduje się stodoła, zasłaniająca dom swoją bryłą. Czytałem gdzieś, że dawniej wszystkie domy na Pogórzu starano się lokować właśnie w taki sposób. Umieszczenie stodoły po zachodniej stronie miało na celu zabezpieczenie przed silnymi wiatrami z zachodu, które wieją u nas często i intensywnie. W zachodnich ścianach domów nie było też okien, a umieszczenie budynków poniżej wzniesienia od południa dodatkowo chroniło przed wpływem wiatrów z południowego wschodu.

Za stodołą był tradycyjnie sad, u nas już w formie szczątkowej. Ewa zorganizowała tam grządki, na których uprawiała pomidory w gruncie. Bezpośrednio przy domu mamy bardzo starą studnię, cembrowaną kamieniem i umiejscowioną na źródle. Kiedyś zawsze była w niej woda przez cały rok, nawet gdy lata bywały suche. Obecnie w tej studni woda również jest, i używamy jej do podlewania upraw, jednak od kilku lat widzimy, że w sierpniu napływa już mniej intensywnie niż w innych miesiącach. Mamy też drugą studnię poniżej stodoły, równie starą i także zasobną w wodę. Ta druga była używana gospodarczo — brano z niej wodę dla zwierząt.

W bezpośrednim sąsiedztwie, za domem, postawiliśmy dwie małe szklarnie i ciąg podwyższonych grządek. Te pierwsze oszalowane są starymi deskami, ale nowe pleciemy już z witek wierzby. Jest też mały ogródek z ziołami. Umiejscowienie pierwszego ogrodu warzywnego w bezpośrednim sąsiedztwie domu ma wiele zalet praktycznych. Dużo łatwiej go pielęgnować i podlewać — zarówno wodą pompowaną automatycznie ze studni lub z wodociągu, jak i z postawionych wokół zabudowań zbiorników na deszczówkę. Dodatkowo mamy na małym terenie całą potrzebną infrastrukturę: dostęp do energii elektrycznej, linie nawadniające oraz bardzo dobre osłonięcie przed wiatrem i nasłonecznienie wynikające z południowej ekspozycji.

Dalej za grządkami jest pole, ale żeby się do niego dostać, trzeba pokonać głęboką paryjkę, czyli wąwóz, który otacza siedlisko niczym średniowieczne grodzisko. W paryjce niestety wciąż bezskutecznie staram się zbudować staw, aby zatrzymać jak najdłużej wodę płynącą po roztopach lub intensywnych opadach.

Na polu, w części najbliżej domu, mamy tunel warzywny i ciąg poletek uprawnych podzielonych na części oraz szpalery krzaków owocowych przedzielonych linią wierzb tworzących krótką miedzę. Założyliśmy też nowy sad, aby osłonić dom od północy i dać drzewom owocowym światło od wschodu, południa i częściowo od zachodu przed zmrokiem. Każde z tych miejsc i sposób ich zorganizowania opiszę w kolejnych artykułach.