Jednym z pierwszych „warzyw” — choć właściwie do dziś nie wiem, czy czosnek można tak po prostu nazwać warzywem — które zaczęły nam naprawdę dobrze wychodzić, był właśnie czosnek.
I to praktycznie od samego początku.
Najbardziej lubię odmianę Harnaś, tę sadzoną późną jesienią. Może nie daje ogromnych, idealnych główek jak z targowych zdjęć, ale za to jest bardzo aromatyczny. I naprawdę ostry.
Taki prawdziwy.
Nigdy nie próbowałam sadzić go bezpośrednio na polu, choć może trochę szkoda. Podobno świetnie rośnie w pobliżu drzew owocowych i dobrze wpływa na ich zdrowie. Może w kolejnym sezonie spróbuję zrobić mu tam trochę miejsca.
Na razie od lat ląduje w tej samej podwyższonej grządce obok domu.

To jedna z pierwszych grządek, jakie w ogóle powstały u nas na gospodarstwie. Stoi tuż przy szopce, w miejscu, gdzie przez sporą część dnia jest półcień. Teoretycznie powinno się zmieniać miejsce uprawy, ale prawda jest taka, że właśnie tam rośnie najlepiej.
I chyba już sam sobie to miejsce wybrał.
Poza tym lubię mieć go blisko kuchni.
Bo czosnek trafia u nas właściwie wszędzie.
Do ogórków małosolnych i kiszonych. Do sosów. Do passaty pomidorowej, której daje ten lekko głębszy, bardziej „domowy” smak. No i oczywiście do ketchupu z cukinii, o którym pisałam w poprzednim wpisie.
Własny czosnek może nie zawsze wygląda idealnie, ale smak ma zupełnie inny niż ten sklepowy.
Bardziej wyrazisty. Prawdziwszy.
A przy okazji — czosnek to przecież samo zdrowie. Oczywiście jak ze wszystkim — najlepiej działa rozsądek i umiar, bo zbyt duże ilości mogą szkodzić, podrażniać żołądek czy powodować bóle głowy. Ale od wieków wiadomo, że czosnek działa przeciwbakteryjnie, przeciwwirusowo i przeciwgrzybiczo. Wspiera odporność, pomaga układowi krążenia, działa przeciwzapalnie i dobrze wpływa na trawienie.
I tutaj nie mogę nie przytoczyć zabawnej historii z dzieciństwa.
Moja Babcia powiedziała kiedyś, że czosnek pomaga na katar. Ja miałam wtedy może z pięć lat i potraktowałam tę informację bardzo dosłownie. Także chcąc pozbyć się kataru jak najszybciej, włożyłam sobie cały ząbek czosnku do nosa. Skończyło się wizytą na pogotowiu i interwencją laryngologa, który musiał go wyciągać jakimś strasznym zakrzywionym drutem ( a przynajmniej tak to zapamiętałam).
Jednak jest w tej historii jeden absurdalnie zabawny szczegół — katar rzeczywiście przeszedł.
Nie polecam jednak testować tej metody samodzielnie! Ja już przetestowałam i to wystarczy;-)
Sadzenie czosnku jest bardzo proste. Rozdziela się główkę na pojedyncze ząbki i każdy z nich sadzi osobno. Z jednego ząbka wyrasta później cała nowa główka — zazwyczaj tym większa, im większy był ząbek, z którego wyrosła.
I chyba właśnie dlatego tak lubię czosnek w ogrodzie.
Nie jest szczególnie wymagający. Nie obraża się o byle pogodę. Nie potrzebuje wielkich umiejętności ani doświadczenia. A mimo to daje ogromną satysfakcję.
To jedno z tych warzyw, które świetnie sprawdzają się na początek.
Bo kiedy pierwszy raz wyciąga się z ziemi własną główkę czosnku, człowiek bardzo szybko zaczyna wierzyć, że może jednak z tym całym ogrodnictwem naprawdę się uda
💛 Czosnek nie próbuje być efektowny. Nie rośnie spektakularnie, nie robi wielkiego wrażenia z daleka i często znika w potrawach gdzieś pomiędzy pomidorami, koperkiem i cebulą. A jednak trudno wyobrazić sobie bez niego kuchnię, przetwory i letnie gotowanie.
I może trochę podobnie jest z ogrodem.
Największą radość bardzo często dają nie te najbardziej imponujące rzeczy, tylko te małe, powtarzalne i pewne.
Takie, które co roku po prostu wracają na swoją grządkę
Komentarze