Menu

Jak to się zaczęło?

Jak to się zaczęło?

Nasz dom w Wilczyskach jest z nami od dziesięciu lat. Kiedy o tym myślę, trudno uwierzyć, jak bardzo to miejsce zdążyło nas ukształtować. Ale ta historia zaczęła się jeszcze wcześniej – od dwóch lat szukania, jeżdżenia, oglądania i wracania z poczuciem, że to wciąż nie to.

Szukaliśmy czegoś bliżej Krakowa. Miejsca z ziemią, z przestrzenią, z potencjałem. Oglądaliśmy domy „z klimatem”, działki „z widokiem”, siedliska „z historią”. Zawsze było jakieś „ale”. Za blisko drogi. Za mało ziemi. Za dużo sąsiadów. Albo po prostu brakowało tego cichego wewnętrznego „tak”.

W tamtym czasie planowane były zmiany w przepisach dotyczących obrotu ziemią. Działki powyżej 0,3 ha miały nie być dostępne dla nierolników. A my marzyliśmy o czymś większym — o przestrzeni, która pozwoli oddychać, sadzić, próbować, uczyć się. Wiedzieliśmy, że jeśli nie znajdziemy czegoś szybko, temat może się definitywnie zamknąć.

I wtedy – zupełnym przypadkiem – trafiliśmy na ogłoszenie na Otodom. Lokalizacja nie była dokładnie podana. Ale po dwóch latach poszukiwań nauczyliśmy się czytać między wierszami. Kilka szczegółów ze zdjęć, porównanie ukształtowania terenu w Google Maps — i wiedzieliśmy, gdzie to jest. Wilczyska. Przysiółek Moroń.

Umówiliśmy się na oglądanie pod koniec listopada. Dzień był naprawdę nieprzyjemny. Zimno, wilgotno, najpierw deszcz, potem śnieg zacinający w twarz. Spotkaliśmy się z agentem przy stacji kolejowej w Wilczyskach. Już sama droga pod dom była jak mały test odwagi — wąska, stroma, a przy tej pogodzie zwyczajnie śliska. Ostatecznie samochód zostawiliśmy kawałek dalej i ostatni odcinek przeszliśmy pieszo.

Właściciele jeszcze nie dotarli, więc obeszliśmy dom dookoła. Stał na szczycie wzgórza. Trochę samotny, trochę zapomniany. Obok rozpadająca się królikarnia, spora stodoła, która już na pierwszy rzut oka wymagała remontu, kawał pola i fragment lasu. Mimo pogody krajobraz był szeroki. Otwarty. Prawdziwy.

Poszliśmy w stronę lasu. I wtedy, zupełnie nagle, ze ściany drzew wybiegło stado saren. Przebiegły przed nami i zniknęły tak samo szybko, jak się pojawiły.

To był moment, w którym coś we mnie cicho się przesunęło. Nie potrafię tego racjonalnie wyjaśnić. Po prostu poczułam, że to miejsce ma w sobie życie. I że my moglibyśmy tu być jego częścią.

Kiedy przyjechali właściciele, weszliśmy do środka. W kuchni czekała sterta dokumentów, które – szczerze mówiąc – nie były wtedy najważniejsze. Dom był w trudnym stanie. Jedna ze ścian częściowo przegnita po latach przeciekającego dachu. W środku prawdziwe muzeum PRL-u. I wyraźne ślady obecności myszy. To nie był dom gotowy do zamieszkania. To był dom do uratowania.

A jednak nie czułam strachu. Raczej spokój.

Właścicielka opowiedziała nam, że dom należał wcześniej do jej dziadka. Miała do niego ogromny sentyment. Zależało Jej, żeby budynek nie popadł w całkowitą ruinę. Mówiła, że nie odda go każdemu. Że zależy jej, aby ktoś zachował jak najwięcej z tego, czym ten dom był.

Słuchałam Jej i czułam, że myślimy podobnie. Że nie chcemy tu niczego burzyć tylko dlatego, że jest stare. Że chcemy ratować, a nie zastępować.

Nie podjęliśmy decyzji na miejscu. To byłoby zbyt impulsywne. Ale prawda jest taka, że decyzja dojrzewała w nas bardzo krótko. Oficjalnie zajęło nam to dwa dni.

Cena była dobra. Czas naglił — zmiany w przepisach wisiały nad nami. W połowie grudnia podpisaliśmy umowę u notariusza.

Tak zaczęła się nasza historia.

A nazwa Windyfarm? Przyszła później, już kiedy byliśmy tu na dobre. Nasz dom znajduje się na Moroniu — przysiółku, gdzie niemal zawsze wieje. Wiatr potrafi być łagodny, ale bywa też surowy i nieustępliwy. Z czasem przestaje przeszkadzać. Staje się częścią krajobrazu, tłem codzienności. Tak jak to miejsce stało się częścią nas.

Co było dalej — o remontach ( bo dom wyglądał wtedy zupełnie inaczej niż na zdjęciu powyżej), pierwszych zimach, uprawach i uczeniu się tej ziemi — opowiem w kolejnych wpisach.