Menu

Niezależność energetyczna – ciepło, które pamiętam

Niezależność energetyczna – ciepło, które pamiętam

Jeszcze nie tak dawno temu — a przynajmniej takie mam wrażenie — ciepło w domu miało zupełnie inny smak.

Pamiętam mieszkanie w bloku, w którym dorastałem. Jak większość osiedli z wielkiej płyty było podłączone do centralnej sieci ciepłowniczej. Wszystko działało „gdzieś daleko” — w elektrociepłowni, poza naszym zasięgiem.

Na początku sezonu grzewczego zawsze działo się coś charakterystycznego. Najpierw cicho, niemal niezauważalnie, w rurach zaczynała płynąć woda. Potem żeliwne, ciężkie kaloryfery powoli robiły się ciepłe. Dzień po dniu oddawały coraz więcej ciepła, aż w końcu w mieszkaniu robiło się naprawdę przyjemnie.

Tyle że zanim to nastąpiło, trzeba było swoje odczekać.

Ogrzewanie włączano dopiero wtedy, gdy na zewnątrz było już naprawdę zimno — zarówno w dzień, jak i w nocy. Wcześniej w mieszkaniu narastał chłód. Przez nieszczelne okna i cienkie ściany zimno wchodziło do środka bez większego oporu. A kiedy zimy były srogie, zdarzały się awarie — wysłużone rury nie zawsze wytrzymywały.

To było ciepło, na które się czekało. I na które nie miało się większego wpływu.

Tam, gdzie ogień był pod kontrolą

Niezależność energetyczna – ciepło, które pamiętam

Zupełnie inaczej wyglądało to w domach i mieszkaniach z piecami na paliwo stałe. Tam sezon grzewczy zaczynał się wtedy, kiedy ktoś zdecydował się rozpalić ogień.

W moim dzieciństwie królował węgiel, a poza miastami — drewno. W mieszkaniu mojej babci stały piece kaflowe. Budynek z lat 50-tych, grube ściany, wysoki sufit i kuchnia kaflowa, która przez długi czas była sercem domu.

Na jej gorącej płycie można było zrobić wszystko — od obiadu po podpłomyki i grzanki. Czasem ktoś rzucał na nią owoce jałowca. Zapach był nie do pomylenia z niczym innym.

Ale żeby to wszystko działało, trzeba było umieć palić.

Sztuka, której się nie uczy z książek

Palenie w piecu kaflowym nie było prostą czynnością. To był proces — trochę rzemiosło, trochę intuicja.

Trzeba było dobrze przygotować podpałkę, odpowiednio ułożyć drewno, rozpalić, rozgrzać kanały dymowe i komin, żeby złapać właściwy ciąg. Potem pilnować ognia, regulować dopływ powietrza — raz uchylić, raz przymknąć drzwiczki.

Na początku paliło się drewnem, potem dokładało węgiel. Trzeba było wyczuć moment, kiedy żar jest „właściwy”. A na końcu — zamknąć piec tak, żeby oddawał ciepło jeszcze przez długie godziny.

Teoretycznie żar należało wybrać do wiaderka i wynieść na zewnątrz. W praktyce… nikt tego nie robił.

A jeśli w domu było kilka pieców — każdy z nich trzeba było rozpalić osobno.

Do tego dochodziło przygotowanie opału: rąbanie, noszenie, układanie. Praca, która zaczynała się na długo przed zimą i kończyła dopiero wiosną. W bogatszych domach robiła to służba. W większości — domownicy.

I mimo tego wszystkiego trudno mi nazwać to uciążliwym.

Piec kaflowy – prostota, która działa

Z dzisiejszej perspektywy piec kaflowy wydaje mi się urządzeniem niemal doskonałym.

Pierwsze takie piece pojawiły się w Europie już w XIII wieku. Przez kolejne stulecia były udoskonalane — zarówno pod względem sprawności, jak i wyglądu. Od prostych konstrukcji po prawdziwe dzieła sztuki.

Ich największą zaletą była akumulacja ciepła. Wystarczyło napalić raz, maksymalnie dwa razy dziennie, żeby utrzymać temperaturę. Dzięki kanałowemu układowi przewodów dymowych i masie ceramicznych kafli piec oddawał ciepło przez wiele godzin.

To było ciepło inne niż dziś — równomierne, spokojne, „żywe”. Promieniujące, a nie wymuszane przez powietrze.

I co najważniejsze — dawało niezależność.

Czy niezależność jest jeszcze możliwa?

Mając piec kaflowy, dostęp do drewna i trochę ziemi, można było — i wciąż można — osiągnąć dużą niezależność energetyczną.

Tak jak dawniej: sadząc wierzby, ogławiając je regularnie, wykorzystując drewno jako opał. To niekończące się źródło energii, które przy odpowiednim podejściu może być naprawdę efektywne.

Nie potrzeba gazu. Nie potrzeba skomplikowanych systemów. Nawet prąd nie jest konieczny do podstawowego funkcjonowania.

Brzmi prosto. I w pewnym sensie takie jest.

Zderzenie z nowoczesnością

Kilka lat przed zakupem naszego domu w Wilczyskach remontowaliśmy mieszkanie w Krakowie. Postanowiliśmy pójść w nowoczesność.

Zainstalowaliśmy piece akumulacyjne z dynamicznym rozładowaniem, sterowane termostatami i regulatorem pogodowym. W teorii — rozwiązanie idealne. W praktyce… przyszła zima.

Temperatura w mieszkaniu spadła do 13 stopni.

Mając wciąż stare piece kaflowe, w których wcześniej były grzałki, postanowiliśmy spróbować czegoś innego. Znaleźliśmy zduna — prawdziwego mistrza.

Jeden z pieców przebudował, wykorzystując stare kafle. Powstał piec trójkomorowy. Drugi zaprojektowaliśmy sami — odręcznie, na kartce papieru. Zdun spojrzał, pokiwał głową i zabrał rysunek.

Po długim czasie przyszły kafle. Praca ruszyła.

Piec, który powstawał na żywo

Niezależność energetyczna – ciepło, które pamiętam

Zdun rozłożył kartony w pokoju, rozebrał stary piec i zaczął przygotowywać zaprawę. Glinę wysypał bezpośrednio na karton, dolał wody i mieszał łopatą.

Pod spodem był ponad stuletni dębowy parkiet, świeżo odrestaurowany. Kiedy Ewa weszła do pokoju, zbladła. Do porodu naszego syna zostało kilka dni.

Mimo wszystko piec powstał. Pięciokanałowy, dopasowany do miejsca, zrobiony dokładnie tak, jak chcieliśmy.

Potem trzeba było czekać. Piec musiał wyschnąć.

Pierwsze ciepło

Dzień pierwszego rozpalenia pamiętam do dziś.

Nie paliliśmy jeszcze pełną mocą, ale to nie miało znaczenia. Płomień za szybą, ciepło bijące od paleniska, lekko nagrzane kafle…

To było coś, czego nie da się pomylić z żadnym innym źródłem ciepła.

Przez kolejne lata paliliśmy sezonowanym drewnem. Wystarczyło rozpalić dwa razy dziennie, żeby utrzymać w mieszkaniu 22 stopnie.

A potem przyszły przepisy. Zakaz palenia drewnem w Krakowie sprawił, że wróciliśmy do temperatury… 13 stopni zimą.

Powrót do początku

Niezależność energetyczna – ciepło, które pamiętam

Kupiliśmy dom w Wilczyskach. Były w nim dwa piece kaflowe, kuchnia kaflowa i ceglana kuchnia gospodarcza.

Niestety, ich stan techniczny nie pozwalał na użytkowanie — wszystkie musieliśmy rozebrać. Plan był prosty: odbudować je po remoncie.

Na razie się nie udało. Ale ten plan wciąż jest aktualny.

Bo niezależność energetyczna to nie tylko technologia. To sposób myślenia.