Są takie momenty w roku, kiedy wszystko zaczyna się od nowa.
Na wsi nie widać tego od razu — najpierw słychać ptaki, potem pojawiają się pierwsze pąki, a ziemia powoli odpuszcza zimę. I nagle okazuje się, że znowu chce się wyjść na zewnątrz i zacząć od początku.
U nas pierwszym sygnałem są ptaki.
Najpierw pojedyncze dźwięki, nieśmiałe, jakby próbowały sobie przypomnieć melodię. Potem coraz więcej głosów, coraz głośniej, aż któregoś poranka budzimy się i wiemy już na pewno – coś się zaczęło.
Chwilę później na magnolii pojawiają się pąki.
Jeszcze zamknięte, trochę niepewne, ale już wyraźnie obecne. A wcześniej – jak co roku – zakwita iwa. To dla mnie jeden z tych znaków, które nie pozostawiają wątpliwości.
Ziemia też powoli się zmienia.
Nie jest już tak twarda i zamknięta jak zimą. Daje się ruszyć, daje się przekopać. I choć czasem wciąż jest chłodno, a poranki potrafią zaskoczyć przymrozkiem, czuć, że wszystko zaczyna wracać do życia.
To moment na pierwsze prace.
Przycinamy drzewa i krzewy, jeśli nie zdążyliśmy zrobić tego jesienią. Wracam do hortensji, które co roku czekają na swoją kolej. To takie spokojne, powtarzalne czynności, które trochę zamykają zimę, a trochę otwierają nowy sezon.
W tym samym czasie zaczynamy też planować uprawy.
Przeglądam nasiona, sprawdzam, co zostało z poprzedniego roku, co trzeba dokupić, co warto spróbować pierwszy raz.
Wcześniej wysiewam paprykę.
W połowie marca przychodzi czas na pomidory. Małe doniczki powoli zapełniają się zielenią, a parapety zaczynają przypominać miniaturową szklarnię.
To wszystko dzieje się jeszcze trochę „w środku” domu, ale już z myślą o tym, co będzie za chwilę na zewnątrz.
W tym czasie mój mąż zaczyna przygotowywać ziemię.
Na pole wjeżdża glebogryzarka – to znak, że sezon naprawdę się zaczyna. Jesienią rozrzucaliśmy tam nawóz, teraz ziemia powoli jest gotowa na nowe życie.
Ja wracam do ogrodu i do szklarni.
Czyszczę tunel, przygotowuję grządki. Z ziemi zaczyna wychodzić to, co zostało posadzone jesienią – czosnek, cebulka, szczypiorek. To zawsze cieszy, bo przypomina, że coś już tam było, że nie zaczynamy od zera.
Pojawiają się też pierwsze kwiaty.
Stokrotki, bratki, jaskry, anemony, narcyzy. Uwielbiam kwiaty i chyba właśnie wiosną najbardziej czuję, jak bardzo są mi potrzebne. Wnoszą kolor w jeszcze trochę szary krajobraz i sprawiają, że wszystko wokół wydaje się lżejsze.
Wiosna na wsi nie jest spektakularna.
Nie przychodzi jednego dnia. Nie ma jednego momentu, w którym wszystko nagle się zmienia.
To raczej proces.
Powolny. Cichy. Trochę niecierpliwy, a trochę spokojny.
Komentarze