Menu

Pierwsze dni w Wilczyskach

Pierwsze dni w Wilczyskach

Po podpisaniu aktu notarialnego wszystko działo się szybko, a jednocześnie trochę nierealnie. Dom był już „nasz”, ale wciąż jeszcze obcy. Pusty, zimny, czekający.

Pierwszy raz przyjechaliśmy do niego w Święta Bożego Narodzenia. Z teściami. Chcieliśmy zobaczyć go bez pośpiechu oglądania, bez obecności agentów i dokumentów na stole. Po prostu wejść do środka i pobyć chwilę w ciszy.

Dom przywitał nas chłodem i zapachem starego drewna. Wokół było biało i spokojnie. I wtedy zaczęło się pierwsze prawdziwe poznawanie Wilczysk.

Najpierw przyszli sąsiedzi. Zwabieni tym, że „ktoś się kręci” wokół domu, który przez jakiś czas stał pusty. To było bardzo naturalne — ciekawość, ale też troska. Poznaliśmy dwóch z nich już pierwszego dnia.

Chwilę później pojawili się "kolędnicy misyjni" (tej tradycji też wtedy jeszcze nie znaliśmy). Ze śpiewem i młodzieńczą energią. Dopiero później okazało się, że część z nich to dzieci naszych najbliższych sąsiadów. Wtedy jeszcze tego nie wiedzieliśmy. Staliśmy w zimnej sieni i uczyliśmy się, że tutaj drzwi nie są anonimowe.

To były pierwsze sygnały, że nie kupiliśmy tylko domu. Kupiliśmy miejsce w społeczności.

Między Świętami a Nowym Rokiem przyjechaliśmy ponownie. Tym razem z moim Tatą, który jest inżynierem budowlanym. Chcieliśmy, żeby fachowym okiem ocenił stan techniczny budynku. Potrzebowaliśmy odrobiny racjonalności obok emocji.

Tata spokojnie oglądał ściany, konstrukcję, zaglądał w kąty. Padały pierwsze konkretne zdania, pierwsze wnioski. Nie było dramatu. Była praca.

Przy okazji zaczęliśmy działać. Zbiliśmy fragment tynku, żeby sprawdzić, co kryje się pod spodem. Ja wyszłam przed dom i zaczęłam sprzątać „badyle” w ogrodzie. Wtedy wydawały się po prostu zaniedbanymi roślinami. Dopiero później okazało się, że to wyjątkowo inwazyjny i trudny do zwalczenia przeciwnik — ale to już historia na osobny wpis.

Było zimno. Dom był nieogrzewany, a my jeszcze nie mieliśmy warunków, by pracować dłużej. Kolejny raz wróciliśmy wczesną wiosną.

Wtedy zaczęło się prawdziwe porządkowanie terenu wokół domu. Usuwaliśmy chaszcze, zbyt rozrośnięte krzaki, wycinaliśmy wyschnięte drzewa. Z każdą wizytą odsłaniało się coś nowego — linia dawnego podwórka, proporcje przestrzeni. Dopiero wtedy mogliśmy zobaczyć, co tak naprawdę kupiliśmy.

Równolegle zaczęliśmy szukać wykonawcy, który podjąłby się remontu naszego nowego nabytku. To zajęło nam sporo czasu i kosztowało dużo energii. Rozmowy, wyceny, terminy, wątpliwości. Ale o tym opowiem innym razem — to wcale nie jest krótka historia.

W międzyczasie wydarzyło się coś jeszcze. Okazało się, że nasza rodzina się powiększy. Do tej pory było nas troje. Ta wiadomość zmieniła perspektywę. Dodała radości, ale też naturalnie spowolniła tempo prac. Plany trzeba było układać ostrożniej, cierpliwiej.

Patrząc z dzisiejszej perspektywy, cieszę się, że wszystko działo się właśnie tak — bez gwałtownych ruchów, bez pośpiechu. Ten dom od początku uczył nas cierpliwości. Uczył, że nie wszystko trzeba zrobić od razu. Że czasem najpierw trzeba po prostu być, obserwować i pozwolić miejscu, by powoli stało się częścią nas.

Takie były nasze pierwsze miesiące w Wilczyskach. Nie spektakularne. Raczej ciche, pełne pracy i małych odkryć.

A to był dopiero początek.