Na początku nie mieliśmy możliwości zostawać w Wilczyskach na noc. Dom nie nadawał się jeszcze do mieszkania, a my wszystko robiliśmy „z doskoku” — przyjechać, popracować kilka godzin, wrócić. Ja tylko dopóki pozwalał mi na to stan, bo jednak będąc w ciąży, nie wszystko mogłam robić i nie na wszystko miałam siłę.
To był czas intensywny, ale też trochę frustrujący. Miejsce już było nasze, a jednak wciąż nie mogliśmy w nim naprawdę zostać.
Raz czy dwa razy Robert pojechał sam, z namiotem dachowym zamontowanym na samochodzie, i nocował na naszym polu. Wyobrażam sobie, że musiało to wzbudzać ciekawość sąsiadów — nowi właściciele i ktoś śpiący w aucie pośród wierzb. Ale to były nasze pierwsze, symboliczne noce na tej ziemi. Jeszcze nie w domu, ale już „u siebie”.
Prawdziwa zmiana przyszła pod koniec 2016 roku, czyli prawie rok po zakupie domu. Zupełnym przypadkiem dowiedzieliśmy się, że znajoma sprzedaje swoją przyczepę campingową — wymieniała ją na większą. To był zbieg okoliczności, który dziś nazywam przełomem.
Bo ta przyczepa była naszym pierwszym prawdziwym schronieniem w Wilczyskach.
Miała ogrzewanie. Można było w niej usiąść w chłodniejszy dzień, zaparzyć herbatę, ogrzać ręce. Nagle wyjazdy przestały być wyłącznie „akcją roboczą”. Mogliśmy zostać dłużej, spokojniej. To bardzo pomogło, kiedy wreszcie udało się znaleźć wykonawcę i ruszyły pierwsze prace remontowe. Robert mógł być na miejscu, doglądać, reagować, a w razie potrzeby przeczekać coś w przyczepie.
Ja wtedy byłam już na końcówce ciąży, więc nie bardzo mogłam sobie pozwolić na takie wyjazdy. Patrzyłam na to wszystko trochę z dystansu, trochę z tęsknotą. Wiedziałam jednak, że to etap przejściowy.
Przyczepa ratowała nas przez długi czas — aż do momentu, gdy dom, przynajmniej częściowo, udało się doprowadzić do stanu używalności ( to nastąpiło dopiero podczas pandemii Covid-19). Wcześniej spędzaliśmy w Wilczyskach cieplejsze weekendy, a potem nawet całe wakacje — właśnie w tej niewielkiej przestrzeni na kółkach.
W środku było wszystko, czego potrzeba do życia: łóżka, mały stolik, kuchnia, łazienka. Przestrzeń była niewielka, ale wystarczająca. Wiele osób zachodziło w głowę, jak możemy tam funkcjonować — i to jeszcze z maleńkim dzieckiem. Nasza córka pierwsze wakacje spędziła w przyczepie, mając zaledwie kilka miesięcy.
A jednak to był naprawdę dobry czas.
Może dlatego, że ściany były małe, ale świat wokół ogromny. Mieliśmy pole, las, wiatr na Moroniu i niebo bez końca. Większość dnia spędzaliśmy na zewnątrz. Przyczepa była tylko bezpieczną bazą, miejscem snu i schronieniem przed chłodem.
Patrząc dziś wstecz, myślę, że to właśnie tam nauczyliśmy się prostoty. Że do życia potrzeba niewiele, jeśli ma się przestrzeń, ciszę i wspólny cel.
Ta przyczepa jest z nami do dziś. Teraz używamy jej już tylko od czasu do czasu, podczas wakacyjnych wyjazdów. Ale kiedy na nią patrzę, widzę coś więcej niż sprzęt turystyczny. Widzę początek naszego prawdziwego bycia w Wilczyskach.
Bo pierwsze noce — nawet te w namiocie dachowym czy w przyczepie na wietrznym wzgórzu — były momentem, kiedy to miejsce zaczęło stawać się domem.
Komentarze