Są rzeczy, o których w mieście właściwie się nie myśli.
Woda jest w kranie. Prąd w gniazdku. Gaz po prostu działa.
Dopiero kiedy kupuje się stary dom na końcu wsi, człowiek zaczyna rozumieć, że każda z tych rzeczy ma swoją własną historię, formalności i – najczęściej – długą listę telefonów do wykonania.
Kiedy kupiliśmy nasz dom w Wilczyskach, na działce były właściwie tylko dwie rzeczy: prąd i przyłącze gazu. Choć i to nie do końca.
Gaz był doprowadzony do domu, ale licznik został wcześniej zlikwidowany. Prąd z kolei podłączony był w stary sposób – za pomocą tzw. wysięgnika dachowego. Było więc jasne, że wszystkimi tymi sprawami prędzej czy później będziemy musieli się zająć.
Gaz – najprostsza historia
Z gazem poszło stosunkowo łatwo.
Wystarczyło udać się do gazowni, podpisać umowę i po pewnym czasie gazownia zainstalowała z powrotem licznik.
To był jeden z tych momentów, kiedy człowiek myśli: „O, to jednak może być proste”.
Ale niestety – nie wszystko.
Prąd – historia na dwa lata
Znacznie więcej zachodu było z prądem.
Starego typu przyłącza z wysięgnikiem dachowym nie mogliśmy już zachować. Trzeba więc było zdecydować, jak ma wyglądać nowe.
Do wyboru były dwie opcje.
Pierwsza – ogromny słup energetyczny na działce.
Druga – przyłącze poprowadzone w ziemi.
Ta druga opcja była zdecydowanie bardziej estetyczna, ale też znacznie droższa i bardziej skomplikowana, bo wymagała między innymi przejścia pod drogą.
Ostatecznie zdecydowaliśmy się na słup.
Nie jest to może najpiękniejszy element naszego krajobrazu, ale jest praktyczny. A z czasem człowiek się przyzwyczaja – dziś właściwie już go specjalnie nie zauważamy.
Zanim jednak słup mógł stanąć, czekała nas jeszcze cała droga formalna.
Najpierw trzeba było wykonać projekt nowego przyłącza. Został nam polecony projektant – bardzo sympatyczny i życzliwy człowiek… ale też bardzo zajęty. W efekcie sam projekt powstawał dość długo.
Ja w tym czasie wykonywałam do projektanta regularne telefony. Do dziś się dziwię, że nie zgłosił mnie gdzieś za nękanie.
Ale w końcu projekt powstał.
Potem przyszła kolej na kolejne etapy: uzyskanie pozwoleń i wreszcie budowę słupa. Co ciekawe – koszty budowy ponosiliśmy my, a po wykonaniu słup przechodził na własność zakładu energetycznego.
Samą realizacją zajmował się kolejny polecony fachowiec – również bardzo sympatyczny… i również bardzo zajęty.
W rezultacie cała historia z prądem zajęła nam około dwóch lat.
Woda – trochę łatwiej, ale też nie od razu
Na działce była co prawda stara studnia kopana, ale od lat nieużywana i nieczyszczona. Nie mieliśmy więc pojęcia, jaka jest jakość tej wody i czy w ogóle nadaje się do użytku.
Ponieważ w okolicy przebiegał wodociąg, zdecydowaliśmy się na podłączenie do sieci.
Oczywiście nie było to tak proste, jak tylko „podpiąć rurę”.
Najpierw pojechaliśmy do Urzędu Gminy, gdzie dowiedzieliśmy się, jak przebiega wodociąg i jakie formalności trzeba spełnić, żeby wykonać przyłącze. Otrzymaliśmy też namiary na projektanta i wykonawcę współpracujących z gminą.
Ale zanim projekt mógł powstać, trzeba było uzyskać zgody sąsiadów, przez których działki miało przebiegać nasze przyłącze. W końcu ktoś musiał tam później kopać.
I tak, zupełnie przy okazji, zaczęliśmy lepiej poznawać naszych sąsiadów.
Właśnie wtedy poznałam naszą kochaną sąsiadkę Justynę, która nie raz ratowała nas później z różnych opresji – ale to już historia na zupełnie inny wpis.
Zgody udało się zdobyć, projekt powstał, potem przyszła kolej na zgodę gminy na przejście pod drogą… a w końcu na samo wykonanie przyłącza.
Brzmi szybko i prosto.
W rzeczywistości – jak to zwykle bywa – zajęło trochę czasu i wymagało całkiem sporej liczby telefonów, bo projektant i wykonawca również mieli pełne ręce pracy.
Ale w końcu się udało.
I tak pewnego dnia woda pojawiła się u nas na działce.
Ścieki – najtrudniejsza część
Największym wyzwaniem okazały się jednak ścieki.
Na działce nie było nawet szamba, a kanalizacji w tej części wsi nie było – i jak na razie nadal jej nie ma.
Szambo nie wydawało nam się najlepszym rozwiązaniem. Trzeba je często opróżniać, nie jest szczególnie przyjazne dla środowiska i – nie ukrywajmy – nie należy do najbardziej przyjemnych elementów codzienności.
Naturalnym wyborem była więc przydomowa oczyszczalnia ścieków.
Tyle że w naszym przypadku pojawił się pewien problem. Ze względu na ukształtowanie terenu, przebieg cieków wodnych i istniejące już media, znalezienie odpowiedniego miejsca na oczyszczalnię wcale nie było proste.
I wtedy wydarzyła się kolejna z tych małych historii, które pokazują, jak wiele na wsi zależy od ludzi.
Pewnego dnia zadzwonił do nas nasz sołtys – niestety dziś już nieżyjący – którego zdążyliśmy w międzyczasie poznać i bardzo polubić. Powiedział, że w gminie ma pojawić się program dofinansowania przydomowych oczyszczalni i że warto się tym zainteresować.
Dzięki temu dostaliśmy namiary na projektanta i wykonawcę.
Ostatecznie z samego dofinansowania nic nie wyszło, ale kontakt okazał się bezcenny. Projektant znalazł bardzo sprytne rozwiązanie, dzięki któremu oczyszczalnię udało się dobrze wkomponować w teren.
Potem wszystko potoczyło się już dość sprawnie – projekt, pozwolenia i w końcu realizacja.
I tak na naszej działce pojawiła się kolejna rzecz, o której zwykle się nie myśli… dopóki jej nie brakuje.
Możliwość odprowadzania ścieków.
Małe rzeczy, które zmieniają wszystko
Kiedy dziś o tym myślę, widzę, że zanim zaczęliśmy naprawdę remontować dom, musieliśmy najpierw zrobić coś znacznie mniej widowiskowego.
Podłączyć go do świata.
Prąd.
Wodę.
Gaz.
I system, który pozwala temu wszystkiemu działać na co dzień.
To nie są rzeczy spektakularne. Nie widać ich na zdjęciach. Rzadko się o nich opowiada.
A jednak bez nich nawet najpiękniejszy stary dom na wietrznym Moroniu pozostałby tylko pustym budynkiem na wzgórzu.
Dopiero kiedy pojawiły się media, mogliśmy naprawdę zacząć myśleć o tym, żeby kiedyś tu zamieszkać.
A o tym, jak zaczęły się właściwe prace remontowe… opowiem w kolejnym wpisie.
Komentarze