Kiedy kupiliśmy nasze siedlisko, czarny bez już tam był. I to w ilości, której trudno było nie zauważyć.
Problem polegał na tym, że przez lata nikt się nim nie zajmował. Większość krzewów bardziej przypominała niewielkie drzewa niż bez. Rosły wysoko, były splątane i mocno zaniedbane. A przecież czarny bez jest krzewem i od czasu do czasu potrzebuje odmłodzenia.
Oczywiście nie zabraliśmy się za to od razu.
Najpierw był dom, remonty i porządkowanie najbliższego otoczenia. Bez musiał poczekać na swoją kolej.
Ta przyszła kilka lat później, chyba podczas jednego z pandemicznych zamknięć szkół. Była wczesna wiosna. Pogoda, jak to zwykle o tej porze roku bywa, zmieniała się z dnia na dzień. Starałam się więc wykorzystać każdą chwilę bez deszczu, zanim bez i cała reszta roślinności wypuszczą liście.
Później wejście w ten gąszcz byłoby praktycznie niemożliwe.

Nasze bzy rosną głównie w paryji otaczającej podwórko z dwóch stron. Przez lata opanowały niemal cały teren. W niektórych miejscach skutecznie zagłuszały nawet wierzby.
Uzbrojona w sekatory, ręczną piłę, kalosze i ubrania, których nie było mi szkoda pobrudzić błotem, ruszyłam do pracy.
Łatwo nie było.
Część krzewów rosła na stromym zboczu. Wiosną ziemia była tam miękka i śliska. Ręce bolały, na dłoniach pojawiały się pęcherze, a czasem kończył mi się zasób kulturalnych słów.
I choć mogłoby się wydawać, że takie porządki da się zrobić w kilka dni, rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej.
Zajęło mi to dwa sezony.
Dopiero wtedy poczułam, że sytuacja jest opanowana.
Dziś przycinam bez mniej więcej co dwa lata, a on odwdzięcza się bujnym kwitnieniem i ogromną ilością owoców.

A było o co walczyć.
Czarny bez od wieków znany jest ze swoich właściwości. I tutaj odzywa się moja biologiczna natura.
Kwiaty i owoce bzu są bogate w związki o działaniu przeciwutleniającym. Wspierają odporność, pomagają podczas przeziębień, działają napotnie, wykrztuśnie i przeciwgorączkowo. Owoce zawierają między innymi antocyjany, a kwiaty są źródłem cennych flawonoidów.
Nie bez powodu od pokoleń przygotowuje się z nich syropy, soki, nalewki i różnego rodzaju przetwory.
Warto jednak pamiętać o jednej ważnej rzeczy. Surowych owoców czarnego bzu nie należy jeść.
Podobnie jak surowych kwiatów czy większych ilości zielonych części rośliny. Bez zawiera sambunigrynę — naturalny związek, który może powodować nudności, wymioty i inne objawy zatrucia.
Na szczęście obróbka termiczna skutecznie rozwiązuje ten problem.
Dlatego owoce zawsze gotujemy, a kwiaty przy przygotowywaniu syropów czy lemoniad zalewamy wrzątkiem. Warto też usuwać grubsze łodyżki, które zawierają więcej tej substancji niż same kwiaty.
Jak zwykle w przyrodzie, najważniejszy jest zdrowy rozsądek.
My jednak nie wyobrażamy sobie już naszego siedliska bez czarnego bzu.
Nie tylko dlatego, że daje nam kwiaty i owoce na przetwory (tutaj zapraszam do przepisu na syrop z kwiatów bzu i dżem truskawkowy z nutą bzu ).
Również dlatego, że żyje wokół niego mnóstwo ptaków. Przez cały rok można obserwować, jak znikają wśród gałęzi, przeskakują między krzewami i wykorzystują je jako schronienie, a także zjadają owoce pozostałe na krzakach.
A kiedy na początku czerwca bez zaczyna kwitnąć, jego zapach unosi się nad całym podwórkiem.
I wtedy trudno uwierzyć, że kiedyś zastanawialiśmy się, czy warto poświęcić tyle czasu na ratowanie tych starych krzewów.
💛Nie wszystkie skarby na starym siedlisku ukrywają się w domu. Niektóre rosną tu od dziesięcioleci i wystarczy dać im trochę uwagi, żeby znów pokazały, ile są warte. Bez był jednym z nich
Komentarze