Dziki czarny bez rośnie u nas niemal od zawsze. Kiedy kupiliśmy siedlisko, większość krzewów była już mocno zdziczała i bardziej przypominała małe drzewa niż krzewy. Stare, wysokie, splątane gałęzie rosły gdzie chciały, a kwiaty pojawiały się coraz wyżej i wyżej.

Z czasem zaczęliśmy je regularnie odmładzać. Co kilka lat wycinamy najstarsze pędy i przycinamy krzewy. Dzięki temu bez nadal pięknie kwitnie, a my możemy co roku zbierać zarówno kwiaty, jak i owoce.
I dobrze, bo szkoda byłoby zmarnować taki naturalny skarb.
Najbardziej lubię ten moment na przełomie maja i czerwca, kiedy całe krzewy pokrywają się kremowobiałymi baldachami. Powietrze pachnie wtedy słodko i trudno przejść obok nich obojętnie.
Z kwiatów robimy przede wszystkim syrop. Z owoców powstają później soki i dżemy, ale to już materiał na osobne historie.
Przepis na syrop dostałam kilka lat temu od koleżanki. Dziękuję, Ewcia, bo od tego czasu wraca do nas każdej wiosny.
Przepis poniżej jest na jedną porcję. Przyznam jednak, że u nas rzadko kończy się na jednej. Bez kwitnie obficie, więc najczęściej przygotowuję od razu cztery razy więcej i nastawiam wszystko w wielkim słoju. Dokładnie tym, który widać na zdjęciach.
Syrop z kwiatów czarnego bzu
Składniki
- 25 kwiatostanów czarnego bzu
- 2 cytryny ( ja używam tych bio, niewoskowanych)
- 40 g kwasku cytrynowego
- 2 kg cukru (ja zwykle używam około 1,5 kg)
- 2 litry wody
Przygotowanie
Kwiaty zbieram w suchy, słoneczny dzień. Warto je dokładnie obejrzeć, bo często kryją się w nich małe muszki i inne owady.

Do dużego słoja wkładam same kwiatostany, bez grubych łodyżek.

Na nich układam wyszorowane i pokrojone w plastry cytryny, a całość posypuję kwaskiem cytrynowym.


Wodę zagotowuję z cukrem i jeszcze gorącym syropem zalewam zawartość słoja.

Słój przykrywam gazą lub zakręcam i odstawiam na około 5 dni. U mnie najczęściej stoi tydzień, bo większość takich prac wykonuję podczas weekendów w Wilczyskach. Jeśli mam możliwość, codziennie mieszam nastaw.

Po kilku dniach wszystko dokładnie przecedzam, wyciskam kwiaty i cytryny, a następnie ponownie podgrzewam syrop. Najczęściej doprowadzam go do wrzenia i gorący rozlewam do wyparzonych butelek.

Przechowuję go później w suchym, chłodnym i ciemnym miejscu.
Taki syrop latem zamienia się w pyszną lemoniadę, a zimą trafia do herbaty. Czasem wykorzystujemy go też jako domowy syrop podczas przeziębień.
A jeśli w domu nie ma dzieci i akurat nikt nie planuje prowadzić samochodu, świetnie sprawdza się również w wersji dla dorosłych. Wystarczy wymieszać go z alkoholem w proporcji mniej więcej 1:1 i odstawić na jakiś czas.
Powstaje wtedy nalewka, która pachnie dokładnie tak, jak początek lata w Wilczyskach.
💛Lubię takie przepisy najbardziej.
Nie wymagają egzotycznych składników ani specjalistycznego sprzętu. Wystarczy krzew rosnący gdzieś na skraju pola, kilka wolnych chwil i trochę cierpliwości.
A potem przez całą zimę można odkręcić butelkę i na chwilę przypomnieć sobie, jak pachniał ciepły czerwcowy wieczór
Komentarze