Ostatnio trochę grzebię w przeszłości...Swojej rodziny, zasadniczo. Zresztą Robert też to robi od jakiegoś już czasu ( u Niego to nie jest dziwne, bo od zawsze interesował się historią).
U mnie wszystko zaczęło się od biurka mojego Dziadka, który zmarł w tym roku. Ostatnio przewieźliśmy je do naszego krakowskiego mieszkania razem z taką dużą, gabinetową szafą. „Przewieźliśmy” to zresztą trochę za dużo powiedziane. Zrobili to za nas panowie z firmy przeprowadzkowej, bo po pierwsze nie mamy samochodu, który byłby w stanie to zabrać, a po drugie nie mamy chyba odpowiedniej krzepy do noszenia litego drewna o tych rozmiarach po schodach;-).

I całe szczęście, że nie musieliśmy...
W każdym razie biurko stanęło u nas. A kiedy zaczęłam zaglądać do szuflad, okazało się, że razem z nim przyjechało trochę więcej niż tylko mebel.
W szufladach było sporo rzeczy. Część włożyła tam pewnie moja Mama podczas sprzątania mieszkania po Dziadkach, część wyglądała na taką, którą mój Dziadek schował tam dawno temu i której nikt już później nie zauważył.

Były zdjęcia. Sporo zdjęć.
Na części bez problemu rozpoznawałam ludzi, inne potrafiłam zidentyfikować dopiero dzięki historiom, które opowiadali Dziadek z Babcią. Na szczęście część fotografii była podpisana z tyłu, a niektóre poukładane w kopertach z opisami.
I nagle okazało się, że to, co dla kogoś mogło być po prostu stosem starych zdjęć, dla mnie jest trochę jak rodzinne puzzle.

Były też kartki z życzeniami, pocztówki, przezrocza, trochę dokumentów, dawne umowy, papiery związane z przeglądami i trochę zwykłych rzeczy, które pewnie nigdy nie miały być pamiątkami.

No i cztery USB.
Oczywiście, że musiałam sprawdzić, co na nich jest - nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła.
I właśnie te cztery małe pendrive'y wciągnęły mnie w całą tę historię jeszcze bardziej.
Były tam wierszyki napisane przez Dziadka. Wydaje mi się, że mam je gdzieś również wydrukowane, ale muszę sprawdzić, czy to te same wersje.
Był esej, który kiedyś przysłał mi mailem. Nosił tytuł „Ziarenko”.
Był też inny tekst, o którego istnieniu w ogóle nie wiedziałam. Zaczynał się od rozważań o energii i jeszcze czeka na moje dokładniejsze przeczytanie.
Ale najcenniejsze były chyba wspomnienia Dziadka. Te rodzinne.
Dziadek wydał kiedyś książkę „Wspomnienia i myśli”, ale to, co znalazłam na pendrivie, nie trafiło do tej książki.
Prawie sześćdziesiąt stron trochę chaotycznie napisanych wspomnień.
I nagle dowiedziałam się rzeczy, o których wcześniej nie miałam pojęcia.
Trochę o rodzinie Dziadka. Trochę o rodzinie Babci. O ludziach, których nazwiska znałam, ale których historii już niekoniecznie. O rzeczach, które gdzieś tam funkcjonowały w rodzinnych opowieściach, ale nigdy nie zostały mi opowiedziane w taki sposób.
I chyba właśnie wtedy coś mi się przestawiło.
Zaczęłam szukać dalej.
Najpierw trochę nieśmiało, a potem już całkiem na serio. Zaczęłam grzebać w historii rodziny nie tylko od strony Mamy, ale też Taty. Szukać nazwisk, dat, miejsc, dokumentów. Sprawdzać, czy to, co pamiętamy z rodzinnych opowieści, rzeczywiście tak wyglądało.
I czuję się trochę jak odkrywca nieznanych lądów.
Okazuje się zresztą, że całkiem sporo można znaleźć w internecie. Nawet "AI", o którym ostatnio wszyscy mówią, potrafi być w tym pomocne — podpowiada, gdzie szukać informacji, jakie archiwa sprawdzić i do jakich instytucji można się zwrócić po dokumenty.
Jestem dopiero na początku... Zobaczymy, dokąd mnie to zaprowadzi.
Pewnie przy okazji okaże się, że kilka rodzinnych historii trzeba będzie trochę poprawić. Pamięć bywa zawodna, a przy opowieściach przekazywanych z pokolenia na pokolenie różne szczegóły potrafią się po drodze zgubić, zmienić albo zwyczajnie przekręcić.
Zwłaszcza że losy ludzi przed wojną i w czasie wojny rzadko były proste.
Im dłużej w tym siedzę, tym bardziej zaczynam się też zastanawiać, co właściwie zostaje po człowieku.
I chyba dlatego przypomniały mi się Wilczyska.
Kiedy kupiliśmy nasz stary dom, też znaleźliśmy w nim sporo rzeczy po ludziach, którzy mieszkali tam przed nami.
W jednym z pokoi leżały dokumenty poprzednich właścicieli. Na strychu znaleźliśmy stare gazety. Na ścianach zostały święte obrazki. Było tego całkiem sporo.
Była też pamiątka komunijna kogoś z rodziny poprzednich mieszkańców.
Ta akurat nadal u nas jest - wisi na ścianie w salonie.

Bo jak tu coś takiego wyrzucić?
Nie wszystko oczywiście zachowaliśmy. Niektóre rzeczy były zniszczone, inne zwyczajnie nie nadawały się już do niczego. Zapleśniałe stare gazety nie są jednak czymś, co koniecznie chciałabym przechowywać do końca życia.
Ale część rzeczy została.
Z szacunku dla ludzi, którzy byli tu przed nami. I trochę dla samego domu.
Bo ten dom, zanim stał się naszym domem, był czyimś domem. Ktoś tu mieszkał, wychowywał dzieci, chorował, świętował, pewnie kłócił się i godził. Ktoś przy tych samych stołach jadł obiady, które dla nas są już tylko wyobrażeniem.
I część tej historii po prostu została w ścianach.
Może właśnie dlatego coraz bardziej myślę, że najcenniejsze rzeczy, jakie po nas zostają, wcale nie muszą być tymi najdroższymi.
Nie biżuteria. Nie drogi obraz. Nie mebel, który można sprzedać za dużo pieniędzy.
Tylko zdjęcie z podpisem na odwrocie.
Kilka zapisanych kartek.
Czyjeś wspomnienia.
Historia, którą ktoś spisał, zanim zdążyła zniknąć razem z nim.
Albo pamiątka komunijna, która przeżyła przeprowadzkę, zmianę właścicieli domu i pewnie kilka dekad, a teraz wisi sobie u nas w salonie, chociaż nie znałam nawet osoby, do której kiedyś należała.
Może właśnie takie rzeczy są częścią naszej tożsamości bardziej, niż nam się wydaje.
I chyba dlatego teraz siedzę i dłubię. Szukam ludzi, których nigdy nie poznałam. Próbuję połączyć nazwiska, daty i miejsca. Zaglądam do starych dokumentów i zdjęć.
Czasem znajduję coś, czego się spodziewałam, czasem coś zupełnie innego.
A czasem tylko kolejne pytanie...

💛 I chyba właśnie to jest w tym wszystkim najciekawsze.
Nie wiem jeszcze, co z tego grzebania wyjdzie.
Pewnie trochę rodzinnych historii się potwierdzi, trochę okaże się mocno podkoloryzowanych, a przy okazji znajdę pewnie jeszcze sto kolejnych pytań.
Ale skoro już otworzyłam tę szufladę, to chyba nie pozostaje mi nic innego, jak grzebać dalej. Ba - chcemy rozszerzyć to "kopanie" o historię naszego domu w Wilczyskach i Jego dawnych mieszkańców... Może się to okazać całkiem interesującą podróżą w czasie.
Komentarze