Jak pisałam w poprzednim wpisie, podróżujemy trochę po swojemu.
Lubimy mieć własny dom na kołach, własny sprzęt i możliwość decydowania, gdzie pojedziemy dalej. Nie lubimy specjalnie sztywnych planów i rezerwacji, których trzeba się potem kurczowo trzymać. Jednocześnie staramy się być przygotowani na różne sytuacje. Mamy sprzęt na różną pogodę, zapasowe rzeczy, doświadczenie z podróżowania i przekonanie, że jakoś sobie poradzimy.
Ale są rzeczy, na które trudno się przygotować.
Na przykład na samochód, który postanawia po prostu przestać jechać.
Miało być do Budapesztu
Tego ranka zebraliśmy się z campingu na Istrii. Nie było to szczególnie łatwe, bo dzień wcześniej przeszła nad nami burza i wszystkie namioty były mokre. Wiedzieliśmy już, że po powrocie do Wilczysk czeka nas ich suszenie.
Nie wiedzieliśmy jeszcze, że ta sama burza będzie miała dla nas i inne konsekwencje.
Mimo mokrego sprzętu udało nam się całkiem sprawnie spakować. Ruszyliśmy w drogę w dobrych humorach, z planem, żeby zatrzymać się na noc gdzieś w okolicach Budapesztu. Okazało się jednak, że nasz samochód nie podzielał tych planów.
Na autostradzie między Porečem a Rijeką nagle zgasły nam dwa zegary na desce rozdzielczej — obrotomierz i wskaźnik temperatury wody. Prędkościomierz działał, samochód jechał, więc przez chwilę zastanawialiśmy się, co właściwie się dzieje.
Mnie jednak coś tknęło —poprosiłam Roberta, żeby zjechał na najbliższą stację. I dobrze, że to zrobił...
Zatankowaliśmy. Po tankowaniu zegary zaczęły działać za wyjątkiem obrotomierza, ale samochód już nie odpalił. Na szczęście na stacji znaleźli się ludzie, którzy pomogli nam przepchnąć auto z dystrybutora na parking. Czasem naprawdę wystarczy kilka obcych osób, które bez wielkiego zastanawiania mówią: „Dobra, pomogę”.
No dobrze.
To teraz mamy problem.
Próbowaliśmy sprawdzić, co się stało. Robert pogrzebał przy samochodzie, sprawdził kilka rzeczy. Podejrzewaliśmy nawet bezpiecznik, który już kiedyś dał nam trochę popalić.
Ale nic...Samochód nadal milczał. Nie pozostało nam więc nic innego, jak zadzwonić po chorwacką pomoc drogową HAK.

Pan z lawetą
Komunikacja poszła całkiem sprawnie. Pan, który przyjechał, mówił po angielsku i okazał się naprawdę przemiłym człowiekiem.
Zrobił tylko jedną rzecz, która nieco nas zmartwiła —powiedział, że na mechanika możemy poczekać...dwa tygodnie.
Tadam.
No cóż. Siedzenie przez dwa tygodnie na stacji benzynowej nie było specjalnie atrakcyjną wizją. Samochód wylądował więc na lawecie. W kabinie pojechałam ja z Alą, a Robert i Paweł jechali w samochodzie, bo laweta miała miejsce tylko dla dwóch pasażerów oprócz kierowcy.
Zagadnęłam Pana z lawety, czy na pewno nie ma innej opcji niż te dwa tygodnie czekania na naprawę, bo dzieci, bo szkoła zaraz się zaczyna, bo auto zapakowane po dach niemal rzeczami... Pan nieco się zasępił, ale zaczął obdzwaniać swoich znajomych mechaników. Sam też nie bardzo wiedział, co mogło się stać, ale wyraźnie próbował nam pomóc.
W końcu zawiózł nas do Pazina.
Zrzucił samochód i powiedział, że musi coś załatwić, ale wróci za półtorej godziny. Koledzy podpowiedzieli mu, co jeszcze można sprawdzić, więc chciał zrobić diagnostykę.
A my? Poszliśmy na spacer. I tutaj zaczęła się kolejna, zupełnie nieplanowana część tej historii.
Trafiliśmy do Pazina
Okazało się, że Pazin jest naprawdę piękny.

To jedno z tych miejsc, do których pewnie sami z siebie nie pojechalibyśmy na wakacje. A szkoda. Jest tu zamek, którego początki sięgają X wieku, jest rzeka płynąca głębokim kanionem, jest jaskinia i most nad przepaścią.

Są też zwyczajne uliczki i domy, w których po prostu mieszkają ludzie.
I chyba właśnie to spodobało nam się najbardziej.
Nie wszystko wygląda tu jak świeżo odmalowana scenografia dla turystów. W centrum, niedaleko zamku, ludzie normalnie mieszkają. Wieczorem wychodzą do kawiarni i konob, siedzą przy stolikach, rozmawiają, piją piwo.

Jest zwyczajnie.
I przez to bardzo przyjemnie.
Na jaskinię tym razem nie starczyło nam czasu, a poza tym nie byliśmy specjalnie przygotowani na speleologiczną wyprawę. Nie skusiliśmy się też na tyrolkę nad kanionem, choć niewątpliwie znalazłby się ktoś odważniejszy od nas.
Wróciliśmy natomiast do samochodu.
Diagnoza: komputer
Pan z lawety wrócił zgodnie z obietnicą i zrobił diagnostykę. Okazało się, że padł komputer samochodu (podejrzewamy, że jest to konsekwencja burzy dzień wcześniej i pioruna, który uderzył jakieś 200 metrów od naszego miejsca kempingowego).

Czyli nie: „wymieńmy bezpiecznik i jedziemy”. Raczej: nie pojedziemy, dopóki nie wymienimy komputera.
Czy to pewne - nie wiemy, okaże się w Polsce, gdy autem zajmie się mechanik.
I tutaj zaczęła się druga część naszej przygody — ta, która po raz kolejny przypomniała nam, że człowiek może mieć własny dom na kołach, sprzęt, doświadczenie i plan podróży, ale czasem najważniejsze jest coś zupełnie innego.
Ludzie.
Z Wilczysk do Chorwacji
Zadzwoniliśmy do Damiana z Damcar ze Stróż, u którego serwisujemy nasze samochody.
Krótka narada i Damian powiedział, że spróbuje nam pomóc.
Nie było wielkiego: „Muszę sprawdzić”, „zobaczymy, „może się uda”. Po prostu zaczął organizować transport.
Ma lawety, więc następnego dnia ma po nas przyjechać jedna z nich. Zabierze nasz samochód do Polski, prosto do warsztatu, a nam przywiezie auto, którym będziemy mogli wrócić do domu.
Wielkie dzięki, Damian. Naprawdę.
Pan z chorwackiej pomocy drogowej również zrobił dla nas znacznie więcej, niż musiał. Nie tylko zawiózł nas do Pazina, ale obdzwonił mechaników, próbował znaleźć rozwiązanie, zrobił diagnostykę, a na koniec pomógł nam znaleźć hotel.
I tak oto zamiast nocować gdzieś w okolicach Budapesztu, spędzamy noc w Pazinie.
Czyli nic nowego
Co ciekawe, nie jest to nasza pierwsza samochodowa przygoda.
Kilkanaście lat temu mieliśmy wypadek na autostradzie w Chorwacji ( to było jeszcze zanim pojawiły się dzieci). Wystrzeliła nam wtedy opona. Wyglądało to naprawdę groźnie, ale na szczęście nikomu nic się nie stało.
Innym razem samochód odmówił współpracy na Węgrzech i spędziliśmy półtorej doby na stacji benzynowej o wdzięcznej nazwie Angel Station.
Można więc powiedzieć, że pewne doświadczenie już mamy.
I może dlatego tym razem, mimo całego stresu, przyjęliśmy sytuację względnie spokojnie.
Bo co właściwie mogliśmy zrobić? Samochód nie pojedzie od samego patrzenia na niego z wyrzutem.
Trochę pecha, trochę szczęścia
Oczywiście, że wolelibyśmy dojechać zgodnie z planem. Wolelibyśmy nie organizować lawety z Chorwacji do Polski, nie szukać hotelu i nie zastanawiać się, ile jeszcze komplikacji przyniesie nam ta podróż.
Ale z drugiej strony...
Mogliśmy nie zauważyć pierwszych objawów.
Mogliśmy nie zjechać na stację.
Mogliśmy trafić na kogoś, kto nie chciałby nam pomóc.
Mogliśmy nie znać Damiana.
Mogliśmy nie trafić na tak zaangażowanego człowieka z chorwackiej pomocy drogowej.
A zamiast tego mamy awarię samochodu, hotel w pięknym Pazinie i kolejną historię, której zdecydowanie nie planowaliśmy.
💛 I chyba właśnie dlatego nadal lubimy podróżować po swojemu.
Bo niezależność nie oznacza przecież, że wszystko zawsze idzie zgodnie z planem.
Czasem oznacza tylko tyle, że kiedy plan się rozsypie, człowiek potrafi usiąść, odetchnąć i wymyślić następny.
A czasem — jak się okazuje — najlepsze historie zaczynają się właśnie wtedy, kiedy samochód mówi: dalej nie jadę.
Komentarze