Nie planowaliśmy pisać własnego systemu do publikacji. Chcieliśmy po prostu opisywać to, co robimy w Wilczyskach — remont, uprawy, energię i błędy, z których sami wyciągamy wnioski.
Od początku wiedziałem jednak, że nie chcę opierać strony na gotowym programie do blogów.
Nie dlatego, że WordPress jest złym rozwiązaniem. Wręcz przeciwnie — dla ogromnej liczby stron sprawdza się znakomicie. Chodziło bardziej o sposób myślenia.
Pracuję zawodowo w IT. Trochę przekornie nie chciałem doprowadzić do sytuacji, w której sprawdza się powiedzenie, że szewc bez butów chodzi. Skoro potrafię napisać własne narzędzie, to dlaczego miałbym od początku godzić się z ograniczeniami cudzego?
Oczywiście postawienie gotowego WordPressa byłoby szybsze. Prawdopodobnie wystarczyłby na długo. Miałem jednak przeczucie, że wcześniej czy później zaczniemy natrafiać na granice jego elastyczności — i wtedy zamiast rozwijać stronę, zaczniemy dopasowywać nasze pomysły do możliwości systemu.
Dlatego powstało własne rozwiązanie.
Zaczęło się od czegoś bardzo prostego
Nie był to żaden wielki, rozbudowany CMS.
Pierwsza wersja była naprawdę skromna. W zasadzie pozwalała napisać artykuł, dodać zdjęcia i go opublikować. Tyle. Dokładnie tyle potrzebowaliśmy, bo… nie mieliśmy jeszcze czego publikować.
Pierwszy artykuł pojawił się dopiero później.
Przez pierwsze miesiące system zmieniał się razem z treścią. Nie siadaliśmy wieczorami z kartką papieru, zastanawiając się, jakie funkcje będą potrzebne za dwa lata. Każda kolejna możliwość pojawiała się dopiero wtedy, gdy naprawdę zaczynało jej brakować.
I chyba właśnie dlatego cały czas rozwija się w dość nietypowy sposób.
Od bloga do czegoś większego
Początkowo wszystko wyglądało jak zwykły blog. Kolejne wpisy pojawiały się jeden po drugim i wydawało się, że taka forma w zupełności wystarczy.
Po kilku miesiącach zauważyliśmy jednak, że niektóre tematy nie mieszczą się już w jednym artykule.
Zamiast pojedynczych wpisów zaczęły powstawać całe opowieści. Remont domu. Piec kaflowy. Organizacja upraw. Energia na działce — od pierwszych paneli po to, co mamy dziś. Jeden tekst stawał się początkiem następnego.
Później pojawiły się przepisy. Następnie pierwsze filmy na YouTube. Krótkie informacje dla czytelników. Strony, które nie są artykułami, ale też nie powinny ginąć pod naporem kolejnych publikacji.
Coraz częściej łapałem się na tym, że zamiast zastanawiać się, co chcemy opowiedzieć, zaczynam myśleć, gdzie właściwie to umieścić.
To był pierwszy sygnał, że nie rozwijamy już zwykłego bloga.
Dla czytelnika ma być prosto
Nie chcieliśmy jednak komplikować strony dla ludzi, którzy do nas zaglądają. Wręcz przeciwnie.
Zależało nam, żeby wszystko było jak najbardziej naturalne. Żeby opowieści można było czytać po kolei. Żeby przepisy nie mieszały się z opisem instalacji elektrycznej. Żeby ktoś, kto trafi do nas po raz pierwszy, nie musiał zastanawiać się, od czego zacząć.
Film o tym, co dzieje się na polu, może pojawić się szybko — jako krótka notatka w zakładce społeczności. Dłuższy tekst z liczbami i zdjęciami zostaje na blogu, w odpowiednim miejscu w serii. To nie są dla nas „funkcje systemu”. To po prostu różne sposoby opowiadania o tym samym miejscu.
Cała reszta jest już tylko konsekwencją tej decyzji.
Dlatego mamy też strony, które nie wyglądają jak kolejny wpis z datą — tylko jak stałe punkty orientacyjne. Dwie z nich warto znać na początek:

Zacznij tutaj
Dziennik z Wilczysk — remont, ogród, wieś. Mapa serii i artykułów dla kogoś, kto trafia do nas po raz pierwszy.
Przejdź do przewodnika
O nas
Opowieść o tworzeniu miejsca między miastem a wsią — remont starego domu, ogród i codzienność w Wilczyskach.
Poznaj nasWordPress nie zniknął — po prostu nam nie wystarczał
Nie mam nic przeciwko WordPressowi. Używałem go w innych projektach. Na farmie jednak kombinacja była inna: słaby internet w niektórych miejscach na działce, praca zdalna obok koszenia trawy, potrzeba wersji angielskiej obok polskiej i — szczerze — chęć, żeby strona działała szybko i przewidywalnie.
Gotowe szablony pięknie pokazują „ostatni wpis” i „popularne kategorie”. My potrzebowaliśmy jeszcze czegoś, czego trudno było skleić z gotowych klocków: żeby film i artykuł o tym samym temacie były ze sobą powiązane, żeby w środku tekstu można było wstawić podgląd innej serii albo strony, żeby przepisy wyglądały jak przepisy — a nie jak zwykły wpis z datą.
Zamiast walczyć z wtyczkami, poszliśmy w drugą stronę: prosta strona dla czytelnika i osobny panel do pisania, który siedzi u mnie na laptopie jak zwykła aplikacja.
Dobry system publikacji powinien być właściwie niewidoczny. Ma pomagać w czytaniu, a nie zwracać uwagę na siebie.
Co z tego zostało dziś
Dzisiaj nasze narzędzie potrafi znacznie więcej niż jego pierwsza wersja.
Pojawiły się serie artykułów — całe opowieści podzielone na rozdziały. Osobne strony prowadzące przez większe tematy. Społeczność z krótkimi aktualnościami. Wersja angielska dla osób, które trafiają do nas spoza Polski. I wiele drobnych rzeczy, których większość odwiedzających nigdy nawet nie zauważy.
I bardzo dobrze.
Piszę tu tak samo, jak pisałbym dłuższego maila — tylko że na końcu mogę to puścić na stronę. Ewa ma to samo narzędzie do swoich tekstów o warzywniku i przetworach. Każde z nas opowiada o farmie po swojemu, ale w jednym miejscu.
Na koniec
Ten tekst to na razie tyle — opowiedzenie, skąd wziął się pomysł na własne narzędzie do pisania. Bez obietnic wielkiej dokumentacji i bez technicznego żargonu. Po prostu historia, która zaczęła się od jednego zdjęcia i jednego akapitu o Wilczyskach.
Bo z naszym oprogramowaniem jest dokładnie tak samo, jak z domem czy gospodarstwem.
Nigdy nie powstaje w całości.
Po prostu z roku na rok dokładamy kolejne elementy tam, gdzie okazują się potrzebne.
Komentarze