Wiosna nas teraz nie rozpieszcza. Jest raczej deszczowo i chłodno. Nie w głowie mi serniki na zimno. Potrzeba czegoś, co od razu wprowadzi trochę słońca i słodyczy — czegoś, co pachnie jeszcze zanim zdążysz je pokroić. Dlatego zdecydowałam się na pistacjanki.
Składniki na 12 sztuk
- 540 g mąki pszennej
- 80 g drobnego cukru do wypieków
- ¾ łyżeczki soli
- 10 g suchych drożdży albo 20 g drożdży świeżych
- 75 g masła, roztopionego
- 250 ml mleka
- 2 duże jajka
Wykonanie
Mąkę mieszam z suchymi drożdżami. Jeśli używam świeżych, najpierw robię rozczyn — i szczerze mówiąc, to właśnie świeże drożdże wygrywają. Zapach podczas pieczenia jest wtedy zupełnie inny. Intensywniejszy. Taki prawdziwie drożdżowy, domowy.
Dodaję resztę składników i wyrabiam ciasto, a na końcu dolewam roztopione masło. Niby można użyć margaryny, ale z masłem wszystko smakuje po prostu lepiej.
Ciasto wyrabiam długo, aż stanie się miękkie i elastyczne. U mnie najczęściej robi to robot planetarny z hakiem — oszczędza ramiona i trochę cierpliwości.
Gotowe ciasto formuję w kulę, wkładam do miski oprószonej mąką, przykrywam ściereczką i odstawiam w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Zwykle zajmuje mu to od godziny do półtorej.
Potem rozwałkowuję je na prostokąt. Matę silikonową (bo stolnicy używam już rzadko) i wałek delikatnie oprószam mąką, żeby nic się nie kleiło.
Nadzienie i „wykończenie” przed zwinięciem
Ciasto smaruję kremem pistacjowym. Ja używam całego słoika Good Noot Pistachio (200 g), ale sprawdzi się też każdy inny dobry krem pistacjowy.
Na to dodaję domowy dżem malinowy, posiekane pistacje i — jeśli akurat mam pod ręką — trochę skórki startej z wcześniej sparzonej pomarańczy.
Całość zwijam dość ciasno wzdłuż dłuższego boku, jak roladę. Ostrym nożem kroję na dwanaście równych części i układam w blaszce (23 × 35 cm) wyłożonej papierem do pieczenia.
Znowu przykrywam ściereczką i zostawiam jeszcze na około pół godziny do ponownego wyrośnięcia.
Piekę w 180°C z termoobiegiem przez około 20 minut.
Jeszcze lekko ciepłe lukruję prostym lukrem pomarańczowym — ze szklanki cukru pudru i kilku łyżek świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy.
Na wierzch trafiają znowu pistacje. A jeśli mam świeże maliny — również one. Czasem zastępuję je malinami liofilizowanymi. Nie są konieczne, ale dodają całości takiego małego „czegoś”.
Takie bułeczki znikają u nas błyskawicznie.
A zapach, który wtedy unosi się po domu, jest absolutnie obłędny.
💛 Czasem słońce przychodzi nie z nieba, tylko z piekarnika. I to zupełnie wystarczy.
Komentarze