Menu

Kiedy wąż przestaje wystarczać

Kiedy wąż przestaje wystarczać

Mając już — ograniczoną, ale zdecydowanie wygodniejszą niż noszenie wody w konewce — możliwość podlewania z węża, szybko okazało się, że to rozwiązanie jest niewystarczające.

Chcieliśmy mieć możliwość automatycznego podlewania: rano, a w wyjątkowo suche dni w drugiej połowie lata również wieczorem.

W teorii było to proste.

Jak nam się wtedy wydawało — wystarczyło podmienić wąż elastyczny na sztywną rurę fi16, dostępną w każdym markecie budowlanym albo w internecie.

Na popularnych serwisach e-commerce można od razu kupić gotowe zestawy do nawadniania. Najczęściej składają się z linii kroplującej (około 100 m), zestawu „śledzi” montażowych, złączek i zaworu umożliwiającego podłączenie instalacji przez króciec do rury fi16.

Od strony zasilania popularne są dwa warianty: króciec fi16 albo gwint zewnętrzny 3/4”.

Złączki wciskane obejmują zazwyczaj trójniki, korki, łączniki proste i kątowe, które pozwalają łączyć odcinki rury i linii kroplującej.

Jeszcze słowo o zaworach.

Najczęściej są kiepskiej jakości. Trzeba się liczyć z tym, że po kilku sezonach — wystawione na słońce i zmienne warunki atmosferyczne — po prostu pękają. W praktyce oznacza to nagły wyciek wody z systemu, a przy stałym podłączeniu do źródła pod ciśnieniem — realne straty.

Doświadczenie uczy, że przy bardziej złożonych przedsięwzięciach warto zacząć od planu.

Ja mam niestety skłonność do tworzenia ogólnego zarysu — czegoś w rodzaju „executive summary” — i dalszego działania na zasadzie rozpoznania w boju.

A tutaj plan naprawdę ma znaczenie.

Trzeba odpowiedzieć sobie na kilka podstawowych pytań:

  • które grządki nawadniać i w jaki sposób,
  • skąd i którędy poprowadzić główną linię zasilającą,
  • jak podzielić instalację na sekcje,
  • jakie zawory zastosować i gdzie,
  • które będą ręczne, które automatyczne, a które sterowane sygnałem.


Jeśli wchodzimy w automatykę, pojawiają się kolejne kwestie:

  • zasilanie — bateryjne czy przewodowe,
  • długość przewodów,
  • spadki napięcia i dobór przekrojów.


Im większy obszar i bardziej złożony system, tym więcej zmiennych.

Ale jest jeden czynnik ważniejszy od wszystkich.

Ile wody zużyjemy na jeden cykl podlewania?

Osoby korzystające z wodociągu łatwo przyzwyczajają się do tego, że woda „po prostu jest”.

W praktyce to złudzenie.

Zbiorniki na deszczówkę mają określoną pojemność. Studnia ma swoją wydajność i potrzebuje czasu, żeby się uzupełnić. Nawet woda wodociągowa w naszej okolicy pochodzi ze studni głębinowych.

Z roku na rok będzie trudniej.

Dostępność wody, jej koszt i czas potrzebny na uzupełnienie zasobów realnie ograniczają skalę upraw. To coś, co łatwo przeoczyć na początku.

W idealnym układzie kolejność powinna być prosta:

najpierw deszczówka,

potem studnia,

na końcu wodociąg.

Woda pitna jest zbyt cenna, żeby traktować ją jak coś oczywistego.

Wracając do samej instalacji.

Najlepiej zacząć od zaplanowania przebiegu głównych linii zasilających. Trzeba to zrobić dokładnie, a potem — niestety — wykopać.

Najlepiej poniżej strefy przemarzania, choć nie jest to konieczne, jeśli na koniec sezonu spuszczamy wodę z całego systemu.

U nas rury poprowadzone są od źródła w dół pola. W najniższym punkcie znajduje się zawór, który pozwala opróżnić instalację.

Część wody zawsze zostaje — zwłaszcza w poziomych odcinkach i zaworach. I właśnie tam najczęściej dochodzi do uszkodzeń zimą. Mróz robi swoje, a problem wychodzi na jaw dopiero wiosną, dokładnie wtedy, kiedy system powinien działać.

U mnie brak dokładnego planu szybko się zemścił.

Zmieniając koncepcję, zamiast użyć koparki, kopałem wszystko ręcznie.

Rowy łopatą.

Pierwszy etap to była linia wschód–zachód wzdłuż grządek i szklarni. Od strony zachodniej kończy się ona przy stodole, co pozwala w przyszłości poprowadzić instalację dalej.

Założyłem też, że główna linia będzie stale pod ciśnieniem. Dzięki temu w różnych punktach mogę zrobić studzienki i w razie potrzeby podpiąć wąż ze zraszaczem.

W każdej studzience, przy grządkach i szklarniach, umieszczone są zawory sterujące sekcjami z linią kroplującą.

Sama linia kroplująca znacząco ogranicza zużycie wody, ale wymaga redukcji ciśnienia — w praktyce jeden reduktor na sekcję.

Obecnie automatyczne podlewanie grządek i szklarni przy domu, uruchamiane zegarem na 10 minut, zużywa około 60 litrów wody.

Niby niewiele — dopóki nie przeliczy się tego na kolejne dni, tygodnie i cały sezon.