Menu

Rydze po łemkowsku, czyli co zrobić, kiedy las przesadzi z hojnością

Rydze po łemkowsku, czyli co zrobić, kiedy las przesadzi z hojnością

W ostatni weekend byłam w Wysowej.

Oczywiście na Rydzowej Jesieni. Bo skoro człowiek mieszka na Pogórzu, zbiera rydze i ma do Wysowej całkiem niedaleko, to trudno było nie pojechać. Rydzowa Jesień odbywała się w tym roku 26 i 27 września i rzeczywiście trudno było tam zapomnieć, po co właściwie przyjechałam – rydze były zdecydowanie jednym z bohaterów tego weekendu.

Ale prawda jest taka, że moje rydzowe historie zaczęły się znacznie wcześniej.


Koszyk z grzybami


Rydze odkryłam dopiero jako dorosła

Kiedy byłam dzieckiem, na grzyby jeździłam z rodzicami w miejsce, w którym rydze po prostu nie rosły. A może rosły, tylko my ich nie spotykaliśmy...?

Zbieraliśmy grzyby głównie w lipcu i sierpniu, czasem na początku września. A rydze lubią trochę więcej chłodu. Pojawiają się później – często dopiero w drugiej połowie września – i potrafią być w lesie naprawdę długo. Zdarzało mi się zbierać je jeszcze pod koniec listopada.

Pierwsze rydze zebrałam w okolicach Banicy i Izb, kiedy jeździliśmy jesienią na weekendy do Agnieszki i Andrzeja do Domu na Łąkach.

I chyba właśnie tam pierwszy raz w ogóle rydza zjadłam.

Przepadłam.

Dzisiaj to chyba moje ulubione grzyby. Najbardziej lubię je zresztą w najprostszej możliwej wersji – usmażone na maśle, z solą i pieprzem.

Rydze smażone na maśle

Nic więcej nie potrzeba.

Teraz mam już swoje miejsca w Wilczyskach, gdzie zbieram rydze. A właściwie najcześciej są to u mnie mleczaje jodłowe – te właśnie występują w "moim" lesie. Potocznie oczywiście też mówię na nie rydze, tak jak zresztą robi to wielu grzybiarzy.

I czasami tych rydzów jest naprawdę dużo.

Oczywiście część zbiorów rozdaję sąsiadom. Ale przy dużej obfitości nawet najbardziej rydzolubna rodzina nie jest w stanie zjeść wszystkiego od razu.

A grzyby najlepiej jeść świeże.

No więc, jak to zwykle u mnie bywa, zaczęłam kombinować.

Rydzów było za dużo. I bardzo dobrze.

Część trafiała do słoików w tradycyjnej marynacie – takiej, którą już wcześniej pokazywałam na blogu tutaj.

Rydze marynowane

Ale chciałam znaleźć jeszcze jakiś inny sposób na zachowanie tych grzybów na później.

I tak trafiłam na przepis na rydze po łemkowsku.

Nie traktuję go jako próby odtwarzania jakiejś wielkiej tradycji kulinarnej. Po prostu spodobał mi się pomysł na rydze duszone w sosie z cebulą, pomidorami, octem i przyprawami. Łemkowskie są tu przede wszystkim z nazwy i z regionu, w którym taki sposób przygotowania rydzów jest znany. W niektórych miejscach można też spotkać określenie „rydze po cygańsku”.

Zrobiłam je pierwszy raz kilka lat temu.

I zostały.

Bo są po prostu pyszne.

Do tego przepisu wybieram średnie albo większe rydze ( ważne - używam wyłącznie pewnie rozpoznanych, jadalnych grzybów). Te najmniejsze zostawiam do tradycyjnej marynaty. Większe kapelusze kroję na kawałki i robię z nich rydze po łemkowsku.

Rydze po łemkowsku

Składniki

  • około 2 kg rydzów
  • 4 średnie cebule
  • olej do smażenia – najlepiej słonecznikowy, choć rzepakowy też się sprawdza
  • około ½ szklanki wody
  • ⅓ szklanki octu winnego
  • ½ szklanki gęstego przecieru pomidorowego
  • około 3 łyżki cukru
  • 4–5 liści laurowych
  • około 5 ziaren ziela angielskiego
  • około 5–6 ziaren pieprzu
  • sól do smaku

Przygotowanie

Najpierw odcinam trzony rydzów i kroję kapelusze na mniejsze kawałki – średnie na pół, większe na cztery części.

Rydze wrzucam do gotującej się, osolonej wody i gotuję około 8–10 minut.

Odcedzam je i lekko osuszam na ręczniku papierowym albo czystej ściereczce, żeby nie były ociekające wodą.

Cebule ( ja używam tych, które aktualnie mam pod ręką, najczęściej własnej uprawy - może być to cebula klasyczna, szalotka, biała a nawet czerwona) kroję w piórka.

W garnku z grubym dnem rozgrzewam olej i wrzucam cebulę. Smażę ją do zeszklenia.

Kiedy cebula jest już miękka i szklista, dolewam około pół szklanki wody, ⅓ szklanki octu ( jak nie mam winnego to i zwykły ocet spirytusowy też się sprawdzi, tule, że wlewam go wtedy ciut mniej) i dodaję pół szklanki gęstego przecieru pomidorowego.

I tutaj ważna rzecz: przecieru, nie passaty. Potrzebujemy tego gęstego przecieru ze słoiczka.

Dodaję cukier, liście laurowe, ziele angielskie i pieprz.

Wszystko mieszam i doprowadzam do wrzenia.

Kiedy sos zaczyna wrzeć, dodaję wcześniej obgotowane rydze.

:Przygotowanie rydzy po łemkowsku


Zmniejszam moc palnika, przykrywam garnek i gotuję całość około 20 minut. Od czasu do czasu mieszam, delikatnie – tak, żeby rydze się nie rozpadły, ale też żeby nic nie przywarło do dna.

Na koniec próbuję i w razie potrzeby dodaję jeszcze trochę cukru, soli albo pieprzu.

I właściwie gotowe.

Gorące rydze przekładam do wyparzonych słoików, zamykam i dodatkowo pasteryzuję w piekarniku. Potem wędrują na półkę w spiżarni.


Rydze po łemkowsku

Po otwarciu słoik przechowuję w lodówce.

Tyle że z tym przechowywaniem jest u nas pewien problem.

Bo kiedy już otworzę taki słoik, to zwykle nie ma czego przechowywać.

Cały znika.

💛I tak właśnie wygląda mój rydzowy cykl.

Najpierw cieszę się, że znalazłam rydze. Potem cieszę się jeszcze bardziej, kiedy znajduję ich naprawdę dużo. Następnie zaczynam się zastanawiać, co z nimi zrobić, żeby nie jeść ich przez trzy tygodnie z rzędu.

A na końcu otwieram słoik rydzów po łemkowsku i okazuje się, że znowu mam ich za mało.

Chyba nie ma z tego dobrego rozwiązania.

I całe szczęście. 😉

Listy z Pogórza

Raz w miesiącu list z Wilczysk — bez reklam, bez alertu przy każdym artykule. Więcej o liście.

Link do wypisania w każdym mailu.