No dobrze, skoro pytacie, jak wróciliśmy, to czas chyba skończyć tę historię.
Zgodnie z planem laweta z Polski przyjechała do Pazina w czwartek, chwilę przed północą. Trochę zaskoczyło nas tylko to, że była to laweta z przyczepą. Okazało się jednak, że wszystko rozbija się o DMC. Nasz Vivaro waży jednak trochę więcej niż zwykła osobówka, więc samochód, który ma go przewozić, musi być odpowiednio cięższy.
Damian się postarał i przysłał nam całkiem wygodnego Forda Mondeo.
W międzyczasie Robertowi udało się nawet uruchomić naszego busa. Wyglądało na to, że problemem mógł być bezpiecznik — między innymi ten związany z immobilizerem. Po jego wymianie samochód odpalał, ale potrafił też po prostu zgasnąć. Czyli… nadal nie było wiadomo, czy to rzeczywiście jedyna przyczyna awarii. Lawety już oczywiście nie odwoływaliśmy. Była w drodze, a my nie mieliśmy specjalnej ochoty sprawdzać na autostradzie, czy samochód tym razem postanowi jednak współpracować. Na szczęście dzięki temu, że udało się go uruchomić, wjechanie na lawetę poszło bez większych problemów. A właściwie na przyczepę do lawety, bo jak się okazało, w naszym przypadku to właśnie tak wyglądało.
Z busa wyciągnęliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy — głównie ubrania i jedzenie. Cały sprzęt campingowy został w środku. No bo umówmy się: Mondeo nie jest Vivaro i nie ma szans, żeby wszystko, co przez lata nauczyliśmy się upychać w busie, nagle zmieściło się do zwykłego samochodu.
Z tym, co najpotrzebniejsze, pojechaliśmy do hotelu. Była już noc, dzieci właściwie spały, więc nie mieliśmy zamiaru ruszać od razu. Rano wstaliśmy dość wcześnie, o siódmej zeszliśmy na śniadanie, uregulowaliśmy rachunek i ruszyliśmy w drogę.
Sam hotel był zresztą ciekawym podsumowaniem tej całej przygody. Kosztował nas mniej więcej 70% tego, ile zapłaciliśmy za cały tydzień na czterogwiazdkowym campingu. No ale camping nie ma lawety pod drzwiami, a hotel w Pazinie akurat bardzo nam się wtedy przydał.
Pierwsze kilometry w Mondeo wymagały trochę oswojenia. Większość naszych samochodów jest raczej wiekowa i dość prosta (z wyboru - lubimy nieskomplikowane auta), więc elektryczny hamulec ręczny na przycisk, automatycznie włączające się światła, czujnik pasa ruchu i cała reszta nowoczesnych udogodnień wymagały chwili przyzwyczajenia.
Ale potem było już spokojnie...
Nie zatrzymywaliśmy się na nocleg, bo podróż i tak zdążyła się nam wystarczająco mocno wydłużyć przez awarię. Poza tym takim samochodem jedzie się jednak łatwiej niż busem czy samochodem z przyczepą, a właśnie tak ostatnio najczęściej pokonywaliśmy dłuższe trasy.
Zatrzymaliśmy się chyba ze trzy razy, żeby rozprostować nogi, i raz na obiad na Angel Station na Węgrzech. Tam zresztą zawsze się zatrzymujemy, bo mają całkiem przyzwoite jedzenie, a samą stację znamy już bardzo dobrze — podczas naszej poprzedniej samochodowej przygody spędziliśmy tam przecież ponad dobę. Jak widać, niektóre miejsca na trasie po prostu muszą zostać naszymi stałymi punktami.
Do Wilczysk dotarliśmy po dwudziestej.

I oczywiście zamiast położyć się i odpocząć po kilkunastu godzinach w samochodzie, pojechałam jeszcze na zakupy. Trzeba było mieć co zjeść na kolację i śniadanie, bo chleb kupiony w Chorwacji przed wyjazdem z campingu zdążył wyschnąć na kamień, a wszystko, co zostało w samochodowej lodówce, musieliśmy wyrzucić. Lodówka w zepsutym busie nie miała przecież zasilania. Przy okazji musiałam jeszcze odebrać paczki z paczkomatu, żeby nie wróciły do nadawców.
Trochę szalone po dwunastu godzinach jazdy, ale cóż zrobić. Jeść coś trzeba. ;-)
W tym czasie Robert z Pawłem wypakowali samochód, a Paweł jeszcze go wysprzątał, bo Mondeo następnego dnia trzeba było oddać Damianowi.
Potem zaczęła się już mniej romantyczna część całej wyprawy, czyli pranie, suszenie i ogarnianie wszystkiego, co przez ostatnie dwanaście dni było naszym wakacyjnym życiem.
Pralka przez półtora dnia praktycznie nie przestawała pracować.
Sprzęt campingowy też wymagał trochę uwagi. Burza przyszła przecież dzień przed naszym wyjazdem, więc namioty składaliśmy mokre. Ten dachowy również trzeba było wysuszyć - w niedzielę pojechaliśmy więc jeszcze do busa, rozłożyliśmy namiot, wysuszyliśmy, a potem złożyliśmy przed wyjazdem do Krakowa.
Sam bus przyjechał do Polski jeszcze w piątek, również tuż przed północą. Kierowcy mieli po drodze trochę przygód z korkami na autostradach — tym razem wyjątkowo to nas ominęło. Samochód został od razu odstawiony do warsztatu Damiana, gdzie teraz ma się nim zająć ktoś, kto mam nadzieję, będzie wiedział, co właściwie mu dolega.
W sobotę rano pojechaliśmy się rozliczyć i zabrać resztę rzeczy z busa. I wtedy po raz kolejny okazało się, że Suzuki to jednak nie bus. Mimo złożonych tylnych siedzeń ledwo upchnęliśmy wszystkie nasze rzeczy...Ale się udało.

W poniedziałek mieliśmy jeszcze kilka rzeczy do ogarnięcia przed początkiem roku szkolnego. We wtorek, 1 września, dzieci wracały już do szkoły, więc w niedzielę wieczorem trzeba było ostatecznie zakończyć wakacyjny tryb i wrócić do naszej rzeczywistości: Kraków w tygodniu, Wilczyska w weekendy.

Choć po tych dwóch miesiącach ( wyłączając naszą chorwacką wyprawę) trudno było nam wyjeżdżać. Szczerze mówiąc to za każdym razem przychodzi nam to z coraz większym trudem....
Cała historia z awarią zaczęła się od poczucia, że wszystko poszło nie tak. My mieliśmy swój plan, samochód go zweryfikował. Potem przez chwilę naprawdę nie wiedzieliśmy, jak wrócimy do domu, ile to potrwa i ile jeszcze niespodzianek czeka nas po drodze.
A jednak, kiedy już patrzymy na to z perspektywy kilku dni, najbardziej zostaje z nami nie sama awaria, tylko ludzie...
Damian, który bez większego zastanowienia zaczął organizować nam powrót; kierowca lawety, który próbował znaleźć mechanika i pomóc nam na miejscu; ludzie z Pazina; wszyscy ci, którzy po prostu robili swoje, ale dzięki temu nasza niefortunna sytuacja przestała być aż tak straszna.
💛Bo chyba właśnie tego nauczyła nas ta awaria najbardziej. Można być samodzielnym, lubić podróżować po swojemu i nie mieć problemu z radzeniem sobie w różnych sytuacjach. Ale to wcale nie znaczy, że trzeba wszystko robić samemu. Czasem wystarczy, że w odpowiednim momencie znajdzie się ktoś, kto powie: „Dobra, zajmiemy się tym”. A wtedy nawet zepsuty samochód gdzieś na końcu Chorwacji nie wydaje się już taki straszny.
Mieliśmy pecha do samochodu, ale mieliśmy naprawdę dużo szczęścia do ludzi.
I chyba właśnie tak najlepiej zapamiętamy tę historię.
Komentarze