Moda czy praktyka
Ostatnio, przeglądając internet, natrafiłem na ofertę gotowej podwyższonej grządki „do montażu”. Przyznam, że trochę mnie to zdziwiło, bo do tej pory wydawało mi się, że takie rzeczy robi się samemu — ze starych desek i kantówek, które zostały po remoncie albo leżą gdzieś odłożone „na kiedyś”.
Sam raczej nie przeznaczyłbym na taki projekt nowych desek. Głównie dlatego, że zawsze wydaje mi się, że przydadzą się do czegoś innego.
Pewnie właśnie dlatego od dziesięciu lat nie mogę porządnie posprzątać stodoły. Do dziś stoją tam stosy desek i kantówek o różnych długościach i w różnym stanie — czekające na moment, kiedy okażą się idealne „do czegoś”.
Wracając jednak do samych grządek — mam wrażenie, że stały się na tyle modne, że dziś można je kupić praktycznie gotowe, wykonane z najróżniejszych materiałów.
Pierwsze grządki ze starych desek
Pierwsze grządki wykonywaliśmy właśnie ze starych desek.
Cztery zaostrzone kantówki wbite w ziemię. Do nich przybite po dwie deski na stronę i wypełnienie kilkoma workami ziemi ogrodowej na spód, a na to kolejne worki podkładu warzywnego.
W zasadzie to wystarcza.

Z czasem jednak — raczej szybciej niż później — zaczynają wychodzić niedogodności takiego rozwiązania.
Po pierwsze, kończy się zapas starych desek i kantówek. Najgorsze i najbardziej zniszczone zostają w końcu wykorzystane i pozostają tylko te, które bardziej pasowałoby przeznaczyć na trwalsze konstrukcje.
Po drugie, stare drewno ma swoją specyfikę. Stały kontakt z wilgotną ziemią, deszczem i śniegiem sprawia, że deski dość szybko zaczynają butwieć. A wtedy cała konstrukcja powoli zaczyna się po prostu rozpadać.
Kiedy drewno zaczyna butwieć
Po kilku sezonach do zbutwiałych desek przybijaliśmy kolejne, dzięki czemu nie trzeba było ruszać ziemi wewnątrz grządki. Nowe deski mocowaliśmy w miejscach, gdzie stare stykały się z wbitymi kantówkami. Trzeba było tylko użyć dłuższych gwoździ.
Z czasem jednak zaczęły butwieć również same kantówki podtrzymujące całą konstrukcję.
I to okazało się większym problemem.
Wymagało wbicia obok starych, zbutwiałych kantówek nowych palików i przybijania gwoździ przez dwie warstwy desek. Oczywiście można było rozebrać całość i zbudować grządkę od nowa, z lepszego materiału, ale zajęłoby to więcej czasu, którego w sezonie nigdy nie ma za dużo.
Nawadnianie komplikuje wszystko
Sprawę dodatkowo komplikuje system nawadniania.
W grządkach został zamontowany na stałe. Rurki fi16 wychodzą z ziemi i jednym z boków grządki wchodzą do środka, łącząc się z liniami kroplującymi.
Sama podwyższona grządka też wymaga częstszego podlewania, szczególnie w słoneczne dni. Rośliny mają tam ograniczony dostęp do wilgoci zgromadzonej głębiej w ziemi, więc wszystko przesycha szybciej niż w zwykłym gruncie.
Siatka przeciw gryzoniom
Dobrym pomysłem jest również rozłożenie metalowej siatki przed wsypaniem ziemi.
Najlepiej tak, aby część siatki zachodziła również na ściany grządki. Dobrze sprawdza się drobna siatka, taka jak do budowy schronień dla kur albo królików.
To prosty dodatek, ale potrafi oszczędzić sporo nerwów.

Jej zadaniem jest ograniczenie podgryzania korzeni i bulw przez gryzonie próbujące dostać się do grządki od spodu.
Oczywiście nie daje to pełnej ochrony — od góry nadal mogą wejść bez większego problemu. Ale i tak potrafi znacząco ograniczyć straty.
Kot też potrafi być problemem
Dlatego podwyższone grządki dobrze jest umieszczać możliwie blisko domu. Nie tylko ze względu na wygodniejszy dostęp do wody czy prądu, ale również dlatego, że wokół domu zwykle kręcą się nasze koty.
A koty, nawet te najbardziej leniwe, całkiem skutecznie ograniczają liczbę gryzoni.
Choć same też potrafią przysporzyć problemów.
Nasze bardzo szybko uznały grządki za idealne kuwety. Trzeba więc było znaleźć jakieś rozwiązanie. W rogach przybiliśmy wyższe paliki i całość otoczyliśmy plastikową siatką o małych oczkach.
Plastik sprawdza się tutaj lepiej niż drut — jest po prostu bezpieczniejszy i wygodniejszy w codziennym użytkowaniu.

Z tego, co pod ręką
Po drodze było jeszcze kilka wersji pośrednich.
Obecnie grządki budujemy z faszyny.
Zamiast kantówek i desek wbijamy rzędy wierzbowych palików — sezonowanych przynajmniej przez rok, inaczej istnieje ryzyko, że zaczną się ukorzeniać. Pomiędzy nimi zaplatamy długie, giętkie witki wierzbowe, tworząc coś w rodzaju kosza.
Na dno takiej konstrukcji trafia oczywiście metalowa siatka. Potem karton ze starych pudełek i opakowań. Następnie suchy chrust, sezonowane i częściowo zbutwiałe cienkie witki wierzbowe, liście oraz siano.

Dopiero na to wysypuję ziemię ogrodniczą i cienką warstwę podkładu warzywnego.
Lepszy byłby kompost, ale mamy go zwyczajnie zbyt mało w stosunku do potrzeb.
Gdyby nie metalowa siatka, część kartonu i ziemia z worków, można by powiedzieć, że taka grządka powstaje niemal wyłącznie z tego, co akurat jest pod ręką.

Komentarze