Mamy na siedlisku gościa, który od czasu do czasu odwiedza nas po zmroku.
Pierwszy raz zauważyliśmy go na widoku z kamery przed domem. Pojawiał się późnym wieczorem, kiedy wszystko już cichło. Przychodził sprawdzić miskę z kocią karmą. Tak...dokarmiamy okoliczne koty. Ale to już historia na zupełnie inny wpis...
Ta będzie o jeżu.
Kilka dni temu Robert zaczął kopać niewielki dół przy stodole. Szukał rury, którą podczas remontu ktoś... zakopał zamiast wyprowadzić nad ziemię. Taki urok starych remontów — czasem więcej czasu zajmuje odgadywanie, co ktoś kiedyś zrobił, niż sama naprawa.
Niestety w niedzielę przyszły ulewne deszcze. I rura spustowa z dachu stodoły zatkała się i woda przelewała się do dołu. Nasza gliniasta ziemia nie przepuszcza wody zbyt szybko, więc dół w krótkim czasie zamienił się w mały zbiornik.
Nie wiemy, kiedy to się stało.
Nie wiemy, jak długo tam był.
Wiemy tylko, że w pewnym momencie Robert zauważył w wodzie naszego jeża.
Na szczęście udało się go wyciągnąć...Żył, oddychał, ale był cały przemoczony i wyraźnie wychłodzony.
Od razu zadzwoniłam do mojego kolegi z liceum, Przemka Barana z przychodni weterynaryjnej Salamandra w Krakowie https://salamandra-vet.pl/, (swoją drogą serdecznie polecam - to człowiek z pasją, kochający zwierzęta i to co robi) żeby zapytać, jak najlepiej mu pomóc.
Odpowiedź była bardzo prosta: ciepło, ciemno i spokój.
Przygotowaliśmy karton wyłożony ręcznikiem papierowym. Do szklanej butelki nalaliśmy ciepłej wody, owinięliśmy ją starym podkoszulkiem, żeby nie parzyła, i włożyliśmy do środka. Zostawiliśmy też wodę i trochę kociej karmy.
Potem karton przykryliśmy tak, żeby do środka docierało powietrze, ale było ciemno i spokojnie.
Co jakiś czas tylko zaglądaliśmy, czy wszystko w porządku.
Po kilku godzinach jeż zaczął się przemieszczać po kartonie.
Wieczorem przenieśliśmy go pod stodołę, w osłonięte miejsce. W kartonie zrobiliśmy otwór, zostawiliśmy wodę i jedzenie, a resztę postanowiliśmy zostawić jemu.
Rano karton był pusty.
Najpierw odetchnęłam z ulgą, jednak po chwili zauważyłam go kilka metrów dalej, schowanego w krzakach.
Trochę mnie to zaniepokoiło, więc tym razem zadzwoniłam do Dzikiego Projektu z Gorlic https://dzikiprojekt.org.pl/ (swoją drogą też polecam - przemiły i profesjonalny kontakt).
Po konsultacji postanowiliśmy go jeszcze przez jakiś czas obserwować. Jeż jadł, pił, przemieszczał się i zwijał w kulkę, kiedy się do niego zbliżaliśmy. To były dobre znaki.
Po godzinie zniknął.
Robert jeszcze wypatrzył go niżej, schowanego pod gałęziami.
A później już nie było go nigdzie.
I bardzo dobrze.
Mam nadzieję, że wrócił do swoich jeżowych spraw.
Bardzo nie chcieliśmy, żeby przez nas stała mu się krzywda.
Jeże są w Polsce objęte ochroną i są niezwykle pożytecznymi mieszkańcami ogrodu. Zjadają między innymi ślimaki i wiele innych bezkręgowców. W naszym kraju żyją dwa gatunki jeży, ale nie próbowałam sprawdzać, który z nich odwiedza nasze siedlisko (choć z racji lokalizacji pewnie jest jeż wschodni). Do ich rozpoznania najlepiej obejrzeć spód ciała, a naszego gościa wolałam po prostu jak najszybciej ogrzać i zostawić w spokoju.
Takie historie zdarzają się, kiedy mieszka się blisko natury.
Czasem wystarczy chwila nieuwagi i zwykły wykop pod stodołą staje się pułapką dla dzikiego zwierzęcia.
Od tamtej niedzieli dół jest już odpowiednio zabezpieczony.
A my mamy nadzieję, że jeśli nasz kolczasty gość znowu pojawi się pod kamerą i będzie to już tylko podczas nocnej wizyty przy misce z kocią karmą.
💛 Życie blisko natury to nie tylko poranne śpiewy ptaków, świetliki i grzyby w naszym lesie. Czasem oznacza też odpowiedzialność za przypadkowo stworzone pułapki i szybkie reagowanie, kiedy dzikie zwierzę potrzebuje pomocy. Nasz kolczasty gość przypomniał nam o tym lepiej niż jakakolwiek książka. I mamy nadzieję, że następnym razem zobaczymy go już tylko na nagraniu z kamery, jak spokojnie maszeruje swoją nocną ścieżką.
Komentarze