Menu

Na ten chleb musiałam trochę poczekać

Na ten chleb musiałam trochę poczekać

Są rzeczy, które od razu wydają się proste.... Chleb nigdy do nich nie należał.

Mimo że od lat piekłam ciasta, drożdżówki i różne słodkości, chleb długo pozostawał dla mnie czymś trochę tajemniczym. Przecież składniki są banalne – mąka, woda, sól i zakwas. A jednak miałam wrażenie, że właśnie w tej prostocie kryje się największa trudność.

Pierwsze podejście do chleba na zakwasie wcale nie było moim pomysłem... Zakwas przyniósł ze szkoły mój starszy syn, Paweł. Mieli jakieś warsztaty i każde dziecko wróciło do domu z własnym zakwasem. Nie było więc wyjścia – trzeba było go wykorzystać. Inaczej Paweł byłby naprawdę rozczarowany.

Przyznam jednak, że trochę stchórzyłam.

Do ciasta oprócz zakwasu dodałam jeszcze drożdże, bo bałam się, że sam zakwas sobie nie poradzi. Chleb upiekłam w żeliwnym garnku, bo gdzieś wyczytałam, że w domowych warunkach daje najlepsze efekty.

I wiecie co? Był całkiem smaczny.

Od czasu do czasu piekłam go ponownie, aż do pewnych wakacji.... Wyjechaliśmy, zakwas został w lodówce, a ja... kompletnie o nim zapomniałam.... Miesiąc później znalazłam słoik z wyschniętą zawartością i piękną warstwą pleśni.

Tak zakończyła się moja pierwsza przygoda z chlebem na zakwasie.

Drugie podejście przyszło kilka lat później. Jak pewnie u wielu osób – podczas pandemii. Kiedy wyjścia z domu były mocno ograniczone, a niektóre produkty trudniej dostępne, znowu zaczęłam piec. Tym razem próbowałam nawet sama wyhodować zakwas.

Niestety... kompletnie mi nie wychodził. A właściwie wychodził bokiem. Dosłownie...

Ostatecznie wróciłam do prostego chleba drożdżowego mieszanego łyżką, bez wielkiego wyrabiania, pieczonego oczywiście w moim żeliwnym garnku. Zresztą ten gar do dziś służy u nas głównie do pieczenia chleba.

Kiedy pandemia się skończyła, piekłam już tylko od święta.

I pewnie tak zostałoby do dziś, gdyby nie Wilczyska... Trochę z konieczności, a trochę z przyjemności.

Przyzwyczaiłam się do pieczywa z małych, rzemieślniczych piekarni. Tymczasem w naszej okolicy o takie pieczywo nie jest łatwo. Oczywiście można kupić chleb w sklepie, ale to już nie to samo.

Poza tym pieczenie chleba jakoś dziwnie pasuje do tego miejsca- do starego domu, do poranków na wsi i do zapachu drewna i kawy.

Na początku znowu piekłam prosty chleb drożdżowy, później odkryłam chleb portugalski, którego przepis znajdziecie już na blogu.

Ale cały czas z tyłu głowy siedziała mi myśl, żeby jeszcze raz spróbować z prawdziwym chlebem na zakwasie.

Tym razem udało mi się zdobyć odrobinę suszonego zakwasu z piekarni. Na jego bazie przygotowałam własny aktywny zakwas, który od tamtej pory regularnie dokarmiam i wykorzystuję do kolejnych wypieków.

Oczywiście nie obyło się bez wpadek.

Pierwszy bochenek wyrósł tak sobie...Drugi był lepszy.

Dopiero po kilku próbach zaczęłam piec chleb, z którego naprawdę byłam zadowolona.

Nie wygląda jak te idealne bochenki z internetowych zdjęć, nie ma perfekcyjnych nacięć ani ozdobnych wzorów; najczęściej nawet go nie nacinam, bo nie mam odpowiednio ostrego noża i pozwalam mu pękać tam, gdzie sam uzna za stosowne.

Ale jest pachnący, sprężysty i naprawdę smaczny. I to jest dla mnie najważniejsze.

Jak piekę mój chleb na zakwasie?

Dzień wcześniej rano dokarmiam zakwas.

Wieczorem mieszam 500 g mąki chlebowej, około 650 ml lekko ciepłej wody i 1/3–1/2 szklanki aktywnego zakwasu. Wszystko dokładnie łączę i zostawiam na całą noc, żeby zaczyn spokojnie pracował.

Następnego dnia rano dodaję 600 g mąki chlebowej i niecałe półtorej łyżki soli. Całość wyrabiam robotem planetarnym z hakiem. Oczywiście można zrobić to ręcznie, ale skoro ktoś wymyślił takie urządzenia, to grzech z nich nie korzystać. 😉

wyrabianie chleba

Wyrobione ciasto formuję w kulę, przekładam do oprószonej mąką miski, przykrywam i zostawiam do wyrastania na około cztery godziny.

Mniej więcej raz na godzinę składam ciasto, żeby je napowietrzyć i wzmocnić jego strukturę.

Po tym czasie formuję bochenek i przekładam go do koszyka do wyrastania na kolejne dwie godziny.

wyrastanie chleba w koszyczku

Pod koniec wyrastania nagrzewam piekarnik do 250°C, razem z żeliwnym garnkiem.

Wyrośnięty chleb delikatnie przekładam do gorącego gara. Według sztuki piekarniczej powinno się go wcześniej naciąć, ale ja najczęściej zostawiam go takim, jaki jest.

Piekę około 40 minut.

Pierwsze 10 minut w temperaturze 250°C, później zmniejszam temperaturę do 200°C i piekę do końca. Jak zawsze wszystko zależy od piekarnika, więc warto od czasu do czasu zajrzeć do środka.

Po upieczeniu wyjmuję chleb z garnka i studzę go na kratce.

studzenie chleba na kratce

Jest jeszcze jeden sposób, po którym poznaję, że wszystko się udało.

Kiedy stukam w spód bochenka, powinien wydawać głuchy odgłos.

A na wszelki wypadek i tak robię swój "test suchego patyczka". 😉

Najbardziej lubię moment, kiedy cały dom zaczyna pachnieć świeżym chlebem.

To jeden z tych zapachów, których nie da się niczym zastąpić.

Może właśnie dlatego moja rodzina najbardziej lubi ten chleb.

💛 Kiedyś wydawało mi się, że domowy chleb to coś zarezerwowanego dla ludzi, którzy mają więcej cierpliwości i więcej czasu niż ja.

Dzisiaj wiem, że nie chodziło ani o czas, ani o cierpliwość.

Po prostu sama musiałam do niego dojrzeć.

Tak samo jak dojrzewaliśmy do życia w starym domu, do własnego ogrodu czy do wielu rzeczy, których wcześniej nawet nie potrafiliśmy sobie wyobrazić.

A kiedy z piekarnika wyciągam kolejny pachnący bochenek, coraz częściej myślę, że kiedyś stanie tu także prawdziwy piec chlebowy.

Ale z tym marzeniem też nigdzie nam się nie spieszy.

Bo najlepsze rzeczy na Windyfarm zawsze przychodzą w swoim czasie.

Podobają Ci się nasze artykuły?

Otrzymuj nowe wpisy prosto na skrzynkę — bez spamu, bez konta. Tylko to, co najlepsze z farmy.