Są takie momenty w remoncie, kiedy w końcu przychodzi kolej na to, co najważniejsze.
Jak pisałam wcześniej — dom musiał poczekać...Ale w końcu przyszedł i na niego czas.
Zaczęliśmy od dachu. To był oczywisty wybór — przeciekał, więc każde kolejne opóźnienie oznaczało dalsze zniszczenia. Pokrycie mieliśmy już wybrane, takie samo jak na stodole i szopce. Przy okazji zostały wyremontowane kominy.
I właściwie… to była chwila.
Ale dach to dopiero początek.
Resztę zaczęliśmy od samego dołu.
Dolna część domu była murowana i chyba najbardziej tajemnicza. Kiedy kupiliśmy dom, panował tam półmrok, wilgoć i chłód. Było dużo pajęczyn, a miejscami stała woda. Trudno było sobie wyobrazić, że kiedyś może powstać tam coś do mieszkania.
Zanim zaczęliśmy prace w środku, trzeba było zająć się fundamentami — osuszyć je i zrobić drenaż. W pobliżu domu jest studnia, a kilka metrów pod ziemią znajduje się skała, więc woda jest tam właściwie cały czas. To z jednej strony duży plus, ale z drugiej — spore wyzwanie przy remoncie.

To zajęło trochę czasu.
A w środku… kiedyś był tam chlew, pomieszczenie do gotowania dla zwierząt, wędzarnia i hak do ich rozbierania. Nie było to miejsce, które od razu widzi się jako przyszły dom. A jednak postanowiliśmy spróbować.
Wydawało nam się, że to będzie najszybszy sposób, żeby stworzyć przestrzeń do życia — nawet jeśli na zdjęciach wyglądało to dość surowo.
Panowie zaczęli pracę od środka. Do istniejących ścian dobudowaliśmy nowe, z bloczków betonowych. Stare elementy zniknęły, woda została wypompowana, mury osuszone.
Powoli zaczęła pojawiać się nowa przestrzeń.
- Kuchnia.

- Pokój.

- Kotłownia.

- Łazienka.

Dzień po dniu to miejsce zmieniało się nie do poznania.
Prace szły sprawnie. Byliśmy naprawdę blisko momentu, w którym moglibyśmy tam zamieszkać.
I wtedy przyszła pandemia... Zabrakło niewiele — właściwie tylko montażu pieca, który był już umówiony. Ale nagle wszystko się zatrzymało.
Zostaliśmy w Krakowie... Mając swoją ziemię, swój dom w trakcie remontu — a jednak zamknięci gdzie indziej.
Dopiero po dwóch, może trzech miesiącach mogliśmy wrócić do Wilczysk. Na początku dość prowizorycznie - bez kuchni, bez sprzętów.
Gotowaliśmy na kuchence turystycznej, korzystaliśmy z lodówki w przyczepie. Ale powoli zaczęliśmy to wszystko układać.
Kuchnię zaprojektowaliśmy sami w IKEA — bez wizyty u projektanta, trochę „na własną odpowiedzialność”. Odbieraliśmy meble w paczkach i przewoziliśmy je na raty z Krakowa do Wilczysk. Naszą dziesiątą rocznicę ślubu spędziliśmy z wkrętarką i śrubokrętem w rękach, składając meble. Może nie była to najbardziej klasyczna rocznica. Ale na pewno jedna z bardziej pamiętnych;-)
Z czasem dojechała lodówka, pralka, sprzęty.
I mogliśmy zamieszkać — na niewielkiej przestrzeni, we czwórkę.

To był dość wyjątkowy czas. Praca zdalna, szkoła zdalna, wszystko w jednym miejscu. Ja najczęściej pracowałam w kuchni, Robert czasem tam, czasem w przyczepie. Paweł miał lekcje w pokoju, który był jednocześnie naszą sypialnią. Alka była jeszcze mała — nie miała zdalnych zajęć, więc biegała między kuchnią a pokojem, albo po podwórku.
Trochę chaosu. Trochę improwizacji.
Ale też coś, co trudno opisać inaczej niż początek. Bo w końcu mogliśmy tam być.
Góra domu wciąż czekała na swoją kolej, ale dół zaczął już żyć.
I może właśnie dzięki temu wszystkiemu — także dzięki temu dziwnemu czasowi pandemii — wszystko potoczyło się szybciej, niż się spodziewaliśmy.
💛 To nie było jeszcze „gotowe miejsce”. Ale było już nasze.
Komentarze